wtorek, 18 kwietnia 2017

Rozdział II

   Wypychałam językiem policzek, ze znudzeniem rozglądając się po białym korytarzu. Cały, cholerny korytarz był biały, oprócz czarnych framug od drzwi i zielonych paprotek pod sufitem, rozwieszonych w przerwach między każdymi drzwiami. Nad każdymi był wymalowany fantazyjnym pismem numerek lub nazwa, tak jak "Sekretariat" lub "Pokój lekarski", opcjonalnie "Toaleta dla pań". Stałam tutaj z 5 minut, a już czułam bezgraniczną wolność i równie obezwładniające uczucie nieustannej obserwacji. Krótko mówiąc, to miejsce przyprawiało mnie o dreszcze. Ekscytacji czy strachu - nie umiałam stwierdzić.
    Lawrence Hospital Center najwyraźniej zapomniało, że troje studentów ma odwiedzić jednego z ich świrów. Przepraszam, pacjentów.
    Nie powiem, ten cały Emmanuel Allen mnie ciekawił. Proszę was, kto po 30 latach życia odnajduje w sobie zdolności uzdrawiania, a potem uświadamia sobie, że jest aniołem? Ale czułam się zirytowana, że pomimo statusu gości (tak miałam napisane na plakietce, którą dostałam przy recepcji), nikt się nami nie interesuje.
- Jesteście pewni, że dobrze trafiliśmy? Może to onkologia...
- Zamknij się, Chiara. - Jason wydawał się poirytowany moim retorycznym pytaniem. Wzruszyłam ramionami. To już nawet nie można się zapytać?
    Pokręcił głową z dezaprobatą i założył ręce za siebie. W białej koszuli wpuszczonej w levisy i blond grzywą przerzuconą na bok wyglądał niesamowicie przystojnie. Ava przyglądała się swojemu identyfikatorowi. Nie udało nam się zmusić jej do założenia oficjalnego stroju, więc miała na sobie
 fioletową bluzę bez kaptura i szare rurki. Uczelniane kolory, co za lokalny patriotyzm.
    Podeszłam do okna, oczywiście zakratowanego. Nie wiem, czy to rozsądne, umieszczać psychiatryk na 3 piętrze.
- Moi łowcy! - z głębi korytarza dobiegł nas głęboki głos. Odwróciliśmy się niemal równocześnie i ujrzeliśmy niewysokiego, grubiutkiego mężczyznę w białym kitlu, z niemalże białą brodą i rozwichrzonymi włosami. Do piersi miał przypiętą plakietkę wymieniającą wszystkie jego tytuły, a na twarzy miał uśmieszek, do którego brakowało tylko wysokiego śmiechu i zacierania rąk. Czułam, jak moje oczy, jak zwykle otoczone eyelinerem, rozszerzają się coraz bardziej i bardziej. Mężczyzna chyba to przyuważył. - Stephen mówił, że przyśle studentów z "Hunter College" w tym tygodniu.
    Zamknęłam buzię. Przez chwilę bałam się, że doktorek odkrył moje i Avy... hm, dodatkowe zajęcie. Fakultet z potworoznawstwa. Jason oczyścił gardło.
- Zapewne doktor Wilkins? - uśmiechnął się szeroko. Jeju, ten to umiał sobie zjednywać ludzi. - Dużo o panu słyszeliśmy. Profesor Berkley przesyła pozdrowienia.
- Ah, stary, dobry Stephen. Więc zlecił wam przypadek Emmanuela Allena, tak? Dostaliście akta?
- Tak, przeglądaliśmy je. O ile można to nazwać aktami...
- Te trzy kartki to wszystko, co wiemy o Emmanuelu. Albo raczej Castielu, jak jął się nazywać. Chodźcie, zaprowadzę was.
    Ruszył raźnym krokiem, nie czekając na nas. Wymieniłyśmy z Avą zdumione spojrzenia. Jason nakazał nam dyskretnym ruchem dłoni dołączyć do ich dwóch. Z ociąganiem ruszyłam do przodu, nie spuszczając uważnego spojrzenia z postaci doktora.
- Czy dla ciebie też wygląda podejrzanie? - Ava nachyliła się do mnie w marszu. Skinęłam głową bez słowa. Jego postać wzbudzała we mnie nieuzasadnioną niechęć.
- Doktorze, kto jest lekarzem prowadzącym Emmanuela? - zapytałam głośno. Obejrzał się przez ramię z dobrotliwym uśmieszkiem.
- Całkowitą opiekę przejęła nad nim siostra Masters. Ufam jej bez zarzutu.
- Hm. Okej, doktorze Jekyll. - przewróciłam oczami.
- Uwielbiam Stephena. Zawsze przyśle przynajmniej jednego sceptyka. - zatrzymał się i przewiercał mnie wzrokiem na wskroś. -  Ale zdradzę ci sekret, moja droga. Demony istnieją. - wyszczerzył zęby. - Każdy ma jakiegoś w sobie. A ja pomagam je leczyć. Więc bądź tak dobra i zajmij się swoją częścią ogrodu, dobrze?
- Doktor Wilkins proszony do gabinetu. Doktor Wilkins proszony do gabinetu - rozległ się damski głos z głośnika zgrabnie ukrytego za jedną z paprotek na ścianie. Niemalże podskoczyłam. Oczy doktora były absolutnie magnetyzujące, a zarazem odpychające, jakby kryła się za nimi zupełna pustka. Rzucił mi ostatnie spojrzenie i jeszcze raz się uśmiechnął.
- Chyba muszę was zostawić samych. Skręcicie zaraz w prawo i zobaczycie pokój 137. Tam znajdziecie odpowiedź. Papa!
- Papa chrzań się - mruknęłam, gdy tylko odszedł parę kroków. Jason szturchnął mnie pod żebra, co było dość trudne ze względu na różniące nas centymetry.
- Nie możesz choć raz powstrzymać swojego niewyparzonego języka? "Okej, doktorze Jekyll"?
- No nie powiesz mi, że to nie jest podejrzane. - odparłam i wyminęłam go, wchodząc w zakręt.
- Przez to wasze popieprzone hobby dostajecie paranoi. - zawołał za mną. Odwróciłam się i szłam teraz tyłem.
- Ava, czy ty dostajesz paranoi, czy może nasz nowy przyjaciel jest supernaturalny? - wyszczerzyłam zęby.
- Zdecydowanie to drugie. Sorry, Jason, mamy do tego nosa. - wzruszyła ramionami. Uniosłam głowę, by zerknąć na liczby wymalowane nad drzwiami. 133... 135... 137. Przez chwilę poczułam irracjonalny lęk, że tego numeru nie będzie. Zatrzymałam się.
- Widzisz? Musisz nam zaufać. - dotknęłam klamki otwartą dłonią, by sprawdzić jej temperaturę. Okazała się zwyczajnie chłodna. Zacisnęłam palce wokół metalu.
- Hola, hola. Grzeczni ludzie najpierw pukają, zanim wejdą do pomieszczenia - J. przysunął się do mnie, strącając moją dłoń. - A skoro tak bardzo chcecie udowodnić, że z Wilkinsem jest coś nie tak, dlaczego nie posypałyście go solą?
- Bo grzeczni ludzie tak nie robią - sparodiowałam go. Zacisnął zęby, wpatrując się we mnie. Wydęłam usta w grymasie samozadowolenia.
- A można wiedzieć, jak robią to niegrzeczni?
    Zamarłam. Znałam ten głos. Śnił mi się, noc w noc, od pół roku. Wraz z przenikliwym spojrzeniem, zaciśniętymi ustami. Ava i Jason wpatrywali się w postać za mną.
    Odetchnęłam, przywołując na twarz możliwie kpiący wyraz i odwróciłam się na pięcie. Nie udało mi się zbić go z tropu. Lufa pistoletu, na moje oko, Colta M1911A1, mierzyła prosto w moje serce. Obejmowały go dłonie o szczupłych palcach, należących do mężczyzny, który stał wyprostowany, w lekkim rozkroku, nieznacznie odwrócony. Zaciśnięte usta, delikatnie ściągnięte brwi, ostre kości policzkowe, zmierzwiona fryzura, przenikliwe spojrzenie pełne wspomnień. Wyglądał dokładnie tak samo, jak pół roku temu, tylko tym razem występował w dobrze skrojonym garniturze, nie skórzanej kurtce.
- Dużo szybciej. - odparłam, nie dając po sobie poznać, jaki szok we mnie wywołał. Gęsia skórka pokryła moją skórę.
- Hahaha, pewnie. - zaśmiał się bez humoru, po czym jego twarz ponownie ściągnęła się bitchface'm. - Czego szukacie w tym pokoju?
    Jason uniósł dłonie. Chłopak natychmiast skierował pistolet w jego stronę.
- Ani drgnij.
- Jesteśmy studentami, mamy zlecone badania nad przypadkiem Emmanuela...! - w jego głos wkradała się panika, ale dzielnie z nią walczył. Wskazał na nasze identyfikatory z napisami "Gość". Zielone oczy przez chwilę wpatrywały się w kawałki plastiku, potem powoli przeniosły się na nasze twarze. Uniósł jedną brew i sięgnął za pazuchę.
- Agent Smith, FBI. - pokazał odznakę, po czym zgrabnie ją złożył. - Kto was przysłał?
- Hunter College. - odparłam, uśmiechając się. - Projekt naukowy.
    Drzwi od pokoju Allena otworzyły się i stanął w nich blisko dwumetrowy młody mężczyzna o przydługich, brązowych włosach, przecierający dłonie zakrwawioną szmatką. Na przystojnej twarzy miał lekki zarost i znudzony wyraz. Rozdziawiłam lekko buzię, próbując spojrzeć mu w twarz. (Naprawdę, Sam? Zamierzasz się tłumaczyć jakimś... nastolatkom?) Rozejrzał się po zgromadzeniu i chyba coś wyczytał z twarzy kolegi, bo wyjął odznakę, wciskając szmatkę do kieszeni spodni.
- Agent Smith, FBI. Żadnego pokrewieństwa. - wskazał identyfikatorem na siebie i tego drugiego.
- Jak się mamy do was zwracać? Agencie Smith? Będzie obaj reagować na raz? - ściągnęłam usta. - W sumie to całkiem pomocne, taka podwójna uwaga.
    Agent Smith numer 1, alias Moody Badass przewrócił oczami, zaciskając zęby. Mięśnie na jego policzkach zadrgały. Odczuwałam lekką satysfakcję, przynajmniej do czasu, gdy Jason chwycił mnie za łokieć i odciągnął kawałek do tyłu. Obejrzałam się na niego. Nie patrzył jednak na mnie; przesuwał wzrokiem z jednego chłopaka na drugiego. Ava przygryzła policzek, prawdopodobnie łącząc wątki w ten sam spójny wniosek, który wysnułam ja.
     Coś tu nie gra.
    Proste, prawda?
- Czego tu szukacie? - odezwał się agent Smith numer 2, alias "Mroczny i niebezpieczny". Zmarszczyłam brwi. Wydawał się całkiem inny niż wtedy, podczas nieudanego polowania na wendigo. Może jednak się pomyliłam...?
- Odpowiedzi - wtrąciła Ava lakonicznie.
- Ah, tak, projekt. - przystojniak parsknął śmiechem, opuszczając broń i zabezpieczając ją.
- Pozwólcie im wejść. - rozległ się niski głos z wnętrza pokoju. Obaj agenci wymienili spojrzenia. W końcu ten wyglądający na starszego z rezygnacją pokręcił głową i wskazał drzwi dłonią, w której nadal dzierżył Colta o białej rękojeści.
- Słyszeliście. Wchodźcie. Życzę szczęścia.
    Jason pierwszy wszedł do pokoju. My ruszyłyśmy za nim.
    W pokoju o białych ścianach stał niski stół z lampą i krzesłem, na którym siedziała młoda kobieta w niebieskim stroju pielęgniarki. Na twarzy miała wyraz najwyższego rozbawienia, ręce złożone na piersi, nogi, obute w glany trzymała na łóżku. A przy zasłoniętym oknie, w białym stroju i beżowym, trenczowym płaszczu stał mężczyzna. Miał czarne włosy i kilkudniowy zarost. Gdy się odwrócił, zobaczyłam krystalicznie przejrzyste, niebieskie oczy i zacięty wyraz twarzy.
- Emmanuel Allen? - odezwała się niepewnie Ava. Mężczyzna zerknął ponad nas, jakby szukał potwierdzenia. Poczułam się nieswojo, gdy mężczyzna w końcu przeniósł na nas swoje spojrzenie. Jakby przewiercał mnie na wskroś, poznał mnie całą. Za mną stanęli agenci; to z nimi porozumiewał się mężczyzna.
- Moje imię brzmi Castiel. Jestem aniołem pańskim.
    Rozdziawiłam buzię. Może nie liczyłam na harfę i aureolę, może nawet nie na skrzydła wyrastające z pleców, ale wyobrażałam sobie coś... kogoś bardziej spektakularnego. Tymczasem mężczyzna przy oknie był, no cóż, zwyczajny, chociaż całkiem przystojny. Jednakże im dłużej się w niego wpatrywałam, tym jaśniejszym się stawało, że jego postać rośnie w siłę, tak jakby czerpał ją od jakiegoś źródła zasilania w pomieszczeniu. Stracił nieco butę, gdy dostrzegł mój wyraz twarzy. W końcu się wyprostował i utkwił wzrok w którymś z agentów, nie byłam pewna, którym, ale sprawiał wrażenie, jakby odzyskał rezon.
    Pielęgniarka uniosła się z krzesła i założyła ręce na piersi. Budziła we mnie nieuzasadniony niepokój.
- Co, więcej zagubionych dusz w naszym małym kółku wzajemnej adoracji? - zapytała. Miała absolutnie znudzony głos. Zerknęłam kontrolnie na Avę, bo wiedziałam, że fascynują ją takie osoby. Miałam rację. Wpatrywała się z podziwem w kobietę. Jeszcze chwila i poprosiłaby o autograf.
    Castiel uniósł brodę, rozglądając się po suficie.
- Powinniśmy iść, Dean. Nie pozbyliśmy się ich na długo. - oznajmił niskim głosem.
    Zaraz, zaraz, zaraz... Sam. Dean. Wendigo, skórzana kurtka, flanela. Warkot silnika. Wyniosłość starszego z nich. Broń. Fałszywe odznaki. O, Sherlocku...
    Odwróciłam się z zamiarem ogłoszenia wyników mojej niesłychanie błyskotliwej spekulacji, ale nie zdążyłam nic powiedzieć. Chyba wyczytali to z mojej twarzy.
    Niższy z nich chwycił mnie za ramię i wyciągnął mnie z pokoju. Mimowolnie zauważyłam, że łosiowaty pociągnął za sobą Avę.
- Puść mnie...! - warknęłam, ale on bezceremonialnie wepchnął mnie do pomieszczenia po drugiej stronie korytarza. Ava i agent (a może nie?) zamknęli za sobą drzwi. Jason został z tamtą kobietą, sam. Szybko zrozumiałam, że jesteśmy w składziku na miotły.
- Będziesz mi teraz sprzedawał lekcję jak Dumbledore?
    Dean Winchester przewrócił oczami, zniecierpliwiony.
- Czego chcecie od Casa? - mruknął.
- Kto to jest Cas? - zmrużyłam oczy i uniosłam ramiona. Przetarł twarz dłonią. Zabawne, że właśnie, w sumie bez słowa podważyłam jego tożsamość, a on przejmuje się innym facetem.
- Dlaczego tu przyszliście? - wtrącił się wyższy chłopak, Sam.
    Ava zatkała mi usta dłonią, gdy zobaczyła, że zamierzam się odezwać.
- My naprawdę...
- Robicie projekt, okej, słyszeliśmy. Mamy wam uwierzyć, że łowcy studiują? - Dean uniósł brew, potrząsając głową.
- A dlaczego nie? - zerwałam dłoń Avy z moich ust.
- Bo to nie idzie w parze, okej?
- W zasadzie da się to zrobić - wtrącił młodszy.
- Sam, nawet się nie odzywaj.
- Więc jesteście Winchesterami. - skonstatowała Ava. Posłałam jej urażone spojrzenie. To miała być moja kwestia.
    Wymienili spojrzenia. Wiedziałam, że nas pamiętają. Nawet jeżeli nie poświęcili nam nawet chwili wspomnień wcześniej, to teraz sobie przypomnieli. I nie zamierzali nam gratulować zabicia wendigo.
- Oglądałyście show, tak? - uśmiechnął się Sam. Zgłupiałam. Dean pokręcił głową z rezygnacją. Robiło się coraz dziwniej. Ava patrzyła na nich z lekko rozchylonymi ustami. Wygładziłam czarną spódniczkę, którą miałam na sobie.
- Prosiłem cię, Sam...
- Przestań, Dean. To było śmieszne.
- Ale nikt się nie śmieje.
    Nie tak sobie wyobrażałam spotkanie Winchesterów, najlepszych, najskuteczniejszych, najsławniejszych łowców w Zjednoczonych Stanach Ameryki, a kto wie, czy nie na całym świecie. O ile za oceanem są łowcy. Zawsze sądziłam, że poznam ich w trakcie jakiegoś arcytrudnego polowania, z którym poradzę sobie śpiewająco, a oni zachwyceni zaproszą mnie do Chevroleta Impali z '67, może nawet pozwolą usiąść z przodu...
    Na pewno nie sądziłam, że zaczną się kłócić w składziku na miotły.
    Nagle ziemia się zatrzęsła, a na korytarzu rozległ się nieludzki krzyk. Spięliśmy się w gotowości. Drzwi od składzika otworzyły się na całą szerokość, uderzając o ścianę. W dziurze stanął Castiel.
- Przybyli. Musimy uciekać.
    Ava i Sam zareagowali natychmiast, wybiegając z pokoiku i rozglądając się po korytarzu. Ja zamarłam, widząc, jak oczy Castiela stają się coraz bardziej niebieskie i niebieskie, aż zaczęły... świecić. Cała jego postać jaśniała. Dean cmoknął ze zniecierpliwieniem i chwycił mnie za rękę, wyciągając nas oboje ze składziku.
    Biegliśmy. Jason i pielęgniarka czekali na nas za zakrętem, Sam i Ava biegli tuż za nami. Z trudem nadążałam za długonogim łowcą, który nie zwalniał, nawet gdy z impetem wpadł na wahadłowe drzwi, otwierając je na oścież. Gdzieś za nami słychać było wrzaski i huki.
    Wypadliśmy na przyszpitalny parking. To tutaj zaparkowałam mojego czarnego Dodge'a Challengera z 1970 roku. Dopiero teraz zauważyłam równie czarną Impalę na skraju placu. Pognaliśmy tam co sił. Rozległ się cichy trzepot skrzydeł i znikąd pojawił się Emmanuel, to znaczy Castiel. Nie miałam nawet sił się bać.
- Jedźcie. Ja ich zatrzymam. Spotkamy się w drodze do Seattle. - zadecydował anioł. Wydawał się coraz bardziej przejęty, a jeszcze bardziej zniecierpliwiony. Dean przez krótką chwilę wpatrywał się w niego spojrzeniem, którego nie umiałam jednoznacznie odczytać. W końcu skinął głową.
- Niech będzie. Wsiadać.
- Hej, zaraz, mój samochód... - zaprotestowałam resztką tchu, wykonując bliżej nieokreślony ruch ręką w kierunku Dodge'a. Co jak co, ale mój Johnny...
- To jest twój samochód? - Dean zdołał wrzucić w to tyle ironii, na ile go tylko było stać. Nawet jeśli był zdziwiony, nie dał tego po sobie poznać. - Świetnie. Daj kluczyki. Wasz chłoptaś wraca do domu. Nikt nie będzie ścigać dzieciaka. Cała reszta do środka. - zarządził. Jason otworzył usta, ale Dean bez ceregieli wyciągnął pistolet i wycelował mu w twarz. - Spadaj. Teraz.
    Sam otworzył drzwi od samochodu i niemalże wrzucił tam mnie i Avę. Pielęgniarka usadowiła się z drugiej strony. Jason wodził za nami przerażonym wzrokiem, powoli się cofając.
- Twój heroizm jest serio uroczy, ale nie mam na to czasu. - Dean pokręcił głową i wskoczył za kierownicę. Castiel rozpłynął się w powietrzu.
    Gdy silnik maszyny zaryczał i opuszczaliśmy parking, uświadomiłam sobie, że chyba nie zaliczę projektu. Bo, hm, mój przedmiot obserwacji okazał się cholernym aniołem stróżem Winchesterów. Zacisnęłam powieki i zacisnęłam dłoń na dłoni równie przestraszonej Avy.
    Zaraz się obudzę.

wtorek, 11 kwietnia 2017

Rozdział I

    TERAZ

    Przenikliwy dźwięk budzika wtargnął w mój koszmar senny. Namacałam telefon na szafce nocnej i wyłączyłam to cholerstwo, po czym ukryłam twarz w poduszce. Po weekendowych łowach byłam wykończona i cała obolała. Nigdy więcej takich polowań, przyrzekłam sobie, i z trudem odwróciłam się na plecy. Zacisnęłam powieki. Zielone oczy wpatrujące się we mnie z nienawiścią niemal od razu naszły moją pamięć. Niski głos, mówiący "Nie ma sprawy", a później ze znudzeniem próbujący odciągnąć od nas swojego towarzysza, wyraźnie próbującego przełamać lody. "Nie jesteśmy im winni żadnych wyjaśnień, Sam." Najwidoczniej jednak moja podświadomość domagała się powodu, wytłumaczenia, czegokolwiek. Otworzyłam oczy i przeciągnęłam się, po czym powoli odrzuciłam kołdrę.
- Nienawidzę poranków - mruknęłam do siebie, zwieszając się nad krawędzią łóżka i próbując wypatrzeć moją skarpetkę, która spadła mi ze stopy w czasie snu. Było to trudne zadanie, zważywszy na to, że jedno oko nadal miałam zamknięte, bo oślepiało mnie światło wdzierające się przez rolety. W końcu udało mi się ją zlokalizować i wciągnęłam ją na stopę. Z ust wyrwało mi się kolejne ziewnięcie. - Ale przynajmniej żyję. - pocieszyłam się.
    Powoli poczłapałam na korytarz, obejmując się ramionami. Po gorących wydarzeniach weekendu teraz było mi niemal zimno. Przed oczami nadal pojawiały mi się niechciane widoki ducha Willego Francisa, dwukrotnie poddanego karze śmierci. Dawno już nie spotkałam się taką nienawiścią i przemocą, a przecież koleś był martwy od jakichś 70 lat. No i nawet to nie my go zabiłyśmy. Dreszcz przeszedł mi po plecach. Najgorsze są powroty, pomyślałam i załomotałam w drewniane drzwi po mojej prawej.
- Ava! Poniedziałek! - rzuciłam motywujący tekst, ignorując wysprejowane na drzwiach: "Screw you". Zza drzwi dobiegło stłumione: "Wal się!". Kiwnęłam głową sama do siebie i poczłapałam dalej, do centrum sterowania mieszkaniem, czyli do kuchni. Po drodze zatrzymałam się w pokoju dziennym, oddzielonym od kuchni wysepką, przy której na ogół jadłyśmy posiłki. Przejechałam palcami po touchpadzie od laptopa i puściłam muzykę.
    Gdy rozbrzmiały pierwsze takty AC/DC poczułam się bardziej jak człowiek. Raźniejszym krokiem podeszłam do ekspresu do kawy i wrzuciłam garść ziaren do młynka. Po chwili po mieszkaniu rozszedł się aromatyczny zapach, który przywabił do pokoju zaspaną Avę.
    Bez słowa podeszła do kanapy i rzuciła się na nią, zamykając oczy. Przetarłam swoje, brązowe, i podstawiłam drugi kubek do ekspresu, pierwszy uzupełniając cukrem.
- Może wolne? - zaproponowałam, patrząc na nieruchomą przyjaciółkę.
- Czytasz mi w myślach. - wymamrotała. - Ale Jason będzie za chwilę pisać...
Jakby na potwierdzenie jej słów, mój telefon wydał z siebie dźwięk obijających się kostek lodu.
- "Wyrobicie się?" - odczytałam na głos.
- No, już biegnę. - odparła Ava. Wzruszyłam ramionami i natychmiast tego pożałowałam. Czułam, że mój prawy bark nie będzie w dobrej kondycji jeszcze długi czas. Duchy. Używają człowieka jako gwoździa na ścianie. Usiadłam z sapnięciem na wysokim krześle, upijając łyk kawy. Ostatecznie mamy uczelnię jakieś 5 minut stąd. Może zdążymy się tam doczłapać na 9:00.
    Bez słowa smakowałyśmy napój, otoczone muzyką. W końcu Ava zwlokła się z kanapy i oznajmiła ze zrezygnowaniem:
- Dobra, idziemy.
    Moje zmęczenie natychmiast wzrosło, wraz z rytmem You Shook Me All Night. Nigdy więcej polowań w weekendy.
-----------------------------------------------------------------
- Psst. - Sable nachyliła się do mnie z wyższego rzędu krzeseł i zajrzała mi w ekran komputera. Byłam właśnie w trakcie wyszukiwania legend o dżinnach, bo wszystko było ciekawsze od wykładu profesora Berkley'a na temat patologii zachowań. Prowadził te zajęcia trzeci raz w tym miesiącu, bo ciągle zapomina, co już z nami przerobił. Większość studentów na sali przysypiała lub urozmaicała sobie czas z elektroniką. Nikt nie uświadamiał biednego profesora. - Perry! - szturchnęła mnie.
- Co? - oderwałam wzrok od zdjęcia niebieskiego duszka z Aladyna. To raczej nie był prawdziwy dżinn.
- Mam dla nas sprawę. - odchyliła się w krześle, uśmiechając się z dumą. Odwróciłam się do niej, niemalże z paniką rysującą się na twarzy.
- Nie. Nie, nie, nie. Nie patrz tak na mnie. Nigdzie nie jadę.
- Oh, kochana, tyle zaprzeczeń naraz. Daj spokój, to przyjemna robota.
- Jesteś chora. - odwróciłam się do Jasona, który siedział po mojej prawej. - Powiedz jej, że jest chora!
- Jesteś chora. - mruknął nasz przyjaciel, nie odrywając wzroku od jakiejś gry na smartfonie.
- Nie do mnie. Do niej. J!
    Uniósł spojrzenie niebieskich oczu.
- To wasza sprawa. Ja się na tym nie znam.
- To jest twój warsztat pracy? "To wasza sprawa"?
    Poprawił się w krześle i wcisnął pauzę w grze. Oczyścił gardło i usiadł bokiem, by móc bez przeszkód patrzeć na nas obie.
- Czy chcecie o tym porozmawiać?
    Obie przewróciłyśmy oczami. Jason doskonale wiedział, czym się zajmujemy, wiedział o tym, jak to określał, popieprzonym hobby. Z fascynacją słuchał naszych opowieści, czasem pomagał nam w przygotowaniach, ale nigdy nie reflektował na dołączenie do polowań na potwory.
- Dobra. - zerknął kontrolnie na profesora, ale on był zbyt pochłonięty treścią wykładu, by zauważyć naszą nieuwagę. - Co się stało tym razem?
- On tylko się odwrócił i spojrzał na Chiarę, żeby wymieść ją w powietrze! - zaczęła z ekscytacją Ava. - Był tak silny, że wystarczyło skinienie palcem, żeby rzucił w nią szafą!
- Dlaczego martwi mnie to, że opowiadasz tylko o Chiarze...? - przerwał jej Jason, nieufnie.
- Bo ja uzupełniałam wtedy naboje.
- Zajmuje ci to jakąś minutę. W tym czasie ten wasz cały Wille zdążył przygnieść Perry szafą, rzucić nią o ścianę i Bóg wie, co jeszcze. Dobrze, że nie dbasz o swoją fryzurę, bo w czasie, w którym byś poprawiała warkoczyki, Chiara umarłaby ze dwa razy.
- Czy ja słyszę w twoim głosie wyrzut? - Sable uniosła brew z niedowierzaniem.
- Tak. Jako totalny friendzone Chiary, będę subiektywny. - uśmiechnął się. Zmierzyłam spojrzeniem jego rozwichrzone blond włosy, szczere spojrzenie i ten kuszący łuk ust. Był przystojny, ale byliśmy tylko przyjaciółmi.
- No nie wierzę. Wy zawsze jesteście przeciwko mnie. Zadzwonię po Gartha.
    Porozumieliśmy się z Jasonem wzrokiem. Zdecydowanie jej odbiło. Nigdy z własnej woli nie zadzwoniłaby po Gartha, gdyby nie zależało od tego jej życie. Wzruszyłam ramionami, mimowolnie się krzywiąc i odwróciłam się do swojego laptopa.
- Dzwoń.
    Wyciągnęła telefon z szokiem malującym się na twarzy. Wiedziałam to po rozbawionym spojrzeniu Jasona. Uwielbiał nasze dramy. Często powtarzał, że mógłby napisać o nas licencjat. Już widzę tytuł: "Jak przemoc wpływa na kobiecość". Szkoda, że nie widział mnie przy zabijaniu. Prawie nigdy nie niszczę sobie fryzury.
- ... i tym oto sposobem, młodzi scholarze, docieramy do końca dzisiejszego wykładu. Lecz nim zezwolę wam opuścić aulę i rozprostować młode kości, przygotowałem dla was zadanie, które będzie traktowane jako zaliczenie semestru... - po raz pierwszy na dzisiejszym wykładzie skupiłam swą uwagę na profesorze. - Prawdziwego socjologa poznacie po tym, że, choć umie radzić sobie w każdym zawodzie swojego fachu, ma swoją specjalizację, której jest wierny i którą jest zafascynowany. Po przemyśleniu waszego ostatniego kolokwium, na którym wypowiadaliście się o dziedzinie, która najmocniej was interesuje, przydzieliłem wam różne sprawy, które macie za zadanie rozpoznać i doprowadzić do końca. Oczekuję prezentacji sprawozdawczej do 13 maja. Pierwsza para, Wilkins i Miner...
    Wyczytani kolejno podchodzili do profesora Berkley'a i odbierali plik zbindowanych kartek, po czym opuszczali aulę, pogrążeni w gorączkowych rozmowach. Zamknęłam pokrywę laptopa i z zainteresowaniem wyczekiwałam na moje nazwisko.
- Perry, Manns i Sable, sprawa "Emmanuel".
    Spojrzeliśmy na siebie całą trójką.
- To żart? Znowu wybraliście ten sam temat, co ja? - z udawaną niechęcią włożyłam laptopa do torby i wstałam, zarzucając ją sobie na ramię. - Niech bóg będzie z wami, baranki wy moje.
    Razem podeszliśmy do wyszczerzonego profesora.
- Ha, moja trójka młodych Hitchocków! To zaiste idealny węzeł gordyjski, nawet dla tak uzdolnionych studentów. Mam nadzieję, że pozwoli wam to rozwinąć skrzydła!
    Wręczył Jasonowi cienki plik. Uniosłam brew. Inne grupy dostawały zdecydowanie grubsze arkusze.
- Projekt wydaje się dość niewielki - rzuciła Ava, jakby czytała w moich myślach. Twarz profesora natychmiast ściągnęła się niepokojem i powagą.
- Nie, moja droga. Po prostu tak niewiele o nim wiemy.
    Zajebiście.

niedziela, 2 kwietnia 2017

Prolog

PÓŁ ROKU WCZEŚNIEJ

    Wpatrywała się we mnie z rosnącą irytacją. Widziałam ten błysk w jej oku, który zwiastował pewną awanturę. Ale dopiero teraz uświadomiłam sobie, że na mojej twarzy też maluje się ten sam, zacięty wyraz dziewczyny pewnej swojej wersji wydarzeń. Podparłam się pod boki, doskonale wiedząc, jak bardzo ten gest wkurza moją przyjaciółkę i zagryzłam policzek od środka. Świetnie wiedziałam, że na mojej twarzy to wyraz najwyższego "I don't give a fuck". Przechyliłam głowę na bok, wzrokiem próbując zmienić jej zdanie.
    Ognisko, które wspólnie rozpaliłyśmy jakieś 20 minut wcześniej, oświetlało nasze twarze od dołu. Czułam się mrocznie, tajemniczo, no wiesz, jakbym miała jakąś super moc. Przydałaby mi się teraz moc perswazji, bo traciłam cierpliwość.
- No i dobra, kujonie. - odezwała się Ava. Przewróciłam oczami, słysząc to określenie, ale się nie odezwałam. Niech sobie mówi. - Więc na co, twoim zdaniem, polujemy?
    O wiele łatwiej byłoby się sprzeczać w pokoju taniego motelu, który wynajęłyśmy niecały dzień temu. Jeszcze dzisiaj wieczorem, przy żółtym świetle lampy, cichym szumie telewizora, otoczone przez znajome, bo wszędzie takie same meble i własne księgi, przewertowane dziesiątki razy, szukałyśmy potwora, który nękał mieszkańców biednego Rollinsville w Kolorado. Godzinę temu wyruszyłyśmy na polowanie, pogodzone, że polujemy na wilkołaka.
    A teraz Ava wyskoczyła z tym cholernym wendigo.
- Dlaczego nie powiedziałaś mi tego w motelu? - rzuciłam, przewiercając ją wzrokiem na wskroś.
- Bo byłaś całkowicie pochłonięta sprawdzaniem, czy Paris Hilton naprawdę jest leshii.
- Nie sprawdzałam tego, tylko czytałam bestiariusz.
- Brawo ty. - uśmiechnęła się kpiąco, wykorzystując moją broń - riposty - przeciwko mnie.
    Zacisnęłam usta, opuszczając dłonie wzdłuż ciała i wzdychając. Rozejrzałam się wokół, przesuwając wzrokiem po ciemnej stronie lasu. Niewielka polana, na której się przyczaiłyśmy, nie dawała żadnego poczucia bezpieczeństwa. Czułam się całkowicie odsłonięta, chociaż niemalże nie było mnie widać. Oprócz szelestu liści, poruszanych wiatrem, panowała całkowita cisza. Żadnych myszkujących zwierząt, żadnego zbłąkanego przechodnia. Wszyscy uciekli gdzie pieprz rośnie i chętnie udałabym się ich śladem. Miałam niejasne przeczucie, że Sable wyjątkowo by się ze mną zgodziła.
- No i co sobie wyczytałaś w tym bestiariuszu?
- Że wendigo nie znajdziemy w Kolorado. - uniosłam głowę. Zobaczyłam szybko opanowane zdziwienie na jej twarzy.
- Ja wiem, że ty niemal ślepo wierzysz Garthowi, ale to raczej średni łowca. Nie mógł mieć pewności, że ostatnie wendigo zostało unicestwione przez Winchesterów.
- Nadal jest lepszy niż my dwie. - przyznałam cicho, wzdrygając się. Miałam wrażenie, że gdzieś z obrzeży polany rozległo się ciche parsknięcie. Ciemność i cisza oblegały mnie wraz z narastającym strachem. Podeszłam do ognia, wyciągając do niego dłonie, by się ogrzać. Nie zważałam już na to, że daję Avie powód do kpin. I tak mnie zignorowała, ciągnąc dalej swój monolog.
- Okej, może i są legendami, ale bez przesady. Podobno Asa Fox zabił ich pięć, a to była totalna bujda. Wiesz, jaki jest twój problem, Chiara? Ludzie. Ty ich po prostu za bardzo lubisz słuchać...
    Ava nadal mówiła, a ja musiałam jej przyznać, że miała natchnienie. Podczas gdy we mnie cicho wzbierał strach i irytacja, ona wylewała to na zewnątrz. Przewróciłam oczami i otworzyłam usta, by jej oznajmić, że...
    Krzyk przeciął powietrze. Wysoki, przepełniony bólem i paniką, mrożący krew w żyłach. Zbyt wiele razy go już słyszałyśmy, by próbować jednoznacznie stwierdzić płeć ofiary. Faceci też potrafili tak krzyczeć. W tej ciszy głos roznosił się bardzo dobrze, nie zdążył się jeszcze rozproszyć, gdy rozpaczliwy krzyk rozległ się jeszcze bliżej, bliżej, niż sobie życzyłyśmy. Bez słowa stanęłyśmy plecami do siebie, porywając z ziemi broń naładowaną srebrnymi kulami. Obracałyśmy się wokół, nieśpiesznie, małymi kroczkami, lustrując teren w 360 stopniach.
    Spodziewałyśmy się ataku z każdej strony. Dźwięk łamanych gałęzi i tupotu narastał. Równie wyraźnie słyszałyśmy szloch i urywany oddech. Przeładowałam broń, przełykając ślinę. Strach poszedł w niepamięć. Ten moment w polowaniu lubiłam najbardziej.
- Gotowa. - oznajmiłam. Ava nieznacznie uniosła swój pistolet.
- Ja również.
    Uśmiechnęłam się szeroko, gdy nagle z mojej prawej strony wybiegła postać. Wpadła na nasze plecaki wyładowane bronią i amunicją i przewróciła się na ziemię. Wycelowałam w nią, rejestrując brudne ciało, poszarpane ubrania i zakrwawioną twarz, bez wątpienia kobiecą. Krótkie włosy miała potargane i upraprane krwią oraz ziemią, twarz zastygłą w wyrazie przerażenia. Wodziła rozbieganym spojrzeniem po  okolicy, zapewne próbując odkryć, co się właśnie stało. W końcu natrafiła na nas wzrokiem i wrzasnęła jeszcze raz, przewróciła się na plecy i zaczęła odpychać się nogami, byle znaleźć się jak najdalej od nas.
- Człowiek. - stwierdziłam, lekko rozczarowana. Upewniwszy się, że Sable powróciła do sondowania lasu, podeszłam szybko do pełzającej kobiety. - Spokojnie, pomożemy ci. Jestem Chiara, a to Ava. Ochronimy cię, ale musisz z nami współpracować.
    Patrzyła na mnie, bezgłośnie poruszając ustami. Próbowałam przybrać na twarz możliwie przyjazny uśmiech, ale wiedziałam, że czas nie gra z nami fair. Musimy się pośpieszyć, albo zginiemy. Wyciągnęłam uspokajająco dłoń, a kobieta zemdlała. Podniosłam wzrok na Avę. Parsknęła śmiechem.
- Problem z głowy.
    Pokręciłam głową i zaciągnęłam bezwładne ciało bliżej plecaków. Ledwo się wyprostowałam, gdy ponownie rozległ się okrzyk.
- Pomocy!
    Zacisnęłam zęby. Nie mogłyśmy ślepo założyć, że to towarzysz omdlałej kobiety.
- Rysuj anasazi. - poleciła Ava. - Ja cię pilnuję.
    Rozejrzałam się wokół w poszukiwaniu kija. Sprawnie zajęłam się rysowaniem na ziemi prostych symboli, które miały nas uchronić przed wendigo. Nie mogłam sobie pozwolić na błąd, ale poczułam przypływ wdzięczności do Gartha, że pomimo zapewnień o całkowitym unicestwieniu tych stworów, nauczył nas, jak się przed nimi bronić. Został mi ostatni krąg, gdy uświadomiłam sobie, że...
- Nie wiem, jak je zabić.
    Ava zaszczyciła mnie jednym spojrzeniem, po którym od razu wiedziałam, że ona również nie ma pojęcia. Zaczęłam panikować.
- Boże, nie wiemy, jak zabić wendigo. Umrzemy tu, bo uniosłaś się dumą i nic mi nie powiedziałaś... Mogłybyśmy się lepiej przygotować, zamiast od razu ruszać... Mamy pełno srebra, ale czy srebro zabija wendigo? Ava, zabija?
    Rzuciłam się do plecaków, przetrząsając całą zawartość.
- Srebrne sztylety, srebrne kule, srebrny proszek, popiół, benzyna, sól, naboje z soli...
- Skończ znaki. - poleciła Sable zdławionym głosem. Brzmiała, jakby poczucie winy chwyciło ją za gardło. Może i była dobrym poszukiwaczem, ale nadal popełniała błędy. Dzisiaj znowu mogłyśmy zginąć i obie doskonale zdawałyśmy sobie z tego sprawę.  - Chiara! Dokończ anasazi!
    Niemal bezmyślnie podniosłam patyk i podjęłam kreślenie symboli. Ava zerkała na nieprzytomną blondynkę, zagryzając wargę. Czy to właśnie jej szukałyśmy? Sprawa z każdą chwilą się komplikowała i nie liczyłam na żadne taryfy ulgowe. A Garth mówił, żeby solidnie wypadać grunt, zanim zdecydujemy się na łowy. Wtedy mu przytaknęłyśmy. Byłyśmy w tym dobre. A nagle pojawiło się wendigo i cały profesjonalizm trafił szlag.
    Wyprostowałam się i odgarnęłam brązowe włosy z oczu. Wszyscy mówili, że są kasztanowe, ale dla mnie stawały się takie dopiero po zabarwieniu ich krwią. To też przechodziłam. Odrzuciłam patyk, tak jak przykre wspomnienia i stanęłam koło przyjaciółki, nadal wpatrującej się z zamyśleniem w nieprzytomne ciało.
- To jest nasza Rebecca Spike? - zapytałam, starając się sprawiać wrażenie opanowanej. W jednej ręce trzymałam karabin ze srebrnymi nabojami, do drugiej ręki wzięłam demoniczny sztylet, który znalazłyśmy w Kansas. Garth na jego widok wytrzeszczył oczy i kazał pilnować jak oka w głowie. Nie miałam nic przeciwko, uwielbiałam go.
    Ava ponownie zagryzła wargi.
- To chyba ona. Skoro ją już mamy, to gdzie jej mąż?
- Może nadal szuka ocalałych z pożaru roślinek? - zaryzykowałam twierdzenie. Kopnęłam kamyk, który z cichym stukotem potoczył się gdzieś w ciemność. - Kto wie, co chodzi po głowie tym biologom.
- Ogień - Ava uniosła głowę. Wyglądała, jakby odkryła Amerykę. Jej wzrok utknął w przygasającym ognisku.
- Co? - poczułam, jak na moją twarz wpełza dobrze mi znany wyraz kpiącego niezrozumienia. Uniesiona brew, lekko nadęte usta złożone w ironicznym uśmiechu.
- Ogień zabija wendigo. Trzeba go spalić.
- Obyś się nie pomyliła. - szturchnęłam ognisko. Rozejrzałam się za przygotowanym wcześniej drwem na opał i rzuciłam je w płomienie. Grałam na zwłokę, próbując przywołać w pamięci nauki Gartha dotyczące tych stworów. Zamiast tego przed oczami pojawiały mi się niechciane obrazy martwych łowców, których miałyśmy okazję poznać. Ile to już razy byłyśmy w takiej sytuacji jak ta, ile razy zastanawiałyśmy się, czy i z tego polowania wrócimy razem...?
    Niegłośny trzask wyrwał nas z niemiłych przemyśleń. Odruchowo zacisnęłam ręce na broni, leżącej tuż koło mnie. Mimochodem zarejestrowałam, że Ava robi dokładnie to samo, odwracając się do postaci na ziemi. Ja obserwowałam las.
- Hej, ocknęła się. Ty do niej idź, jesteś lepsza w te klocki.
    Pomimo tego, że obie studiowałyśmy socjologię, musiałam przyznać jej rację. Odczekałam, aż Sable zajmie moje miejsce i dopiero wtedy odłożyłam pistolet i podeszłam do skulonej kobiety. Zatknęłam sztylet za pasek wąskich dżinsów, tak na wszelki wypadek i kucnęłam.
- Cześć. Jestem Chiara. - przedstawiłam się jeszcze raz. - Chcemy ci pomóc.
    Rozbiegany wzrok Rebecci przesuwał się raz na mnie, raz na Avę. Byłoby mi jej żal, gdyby nie rosnąca irytacja.
- Gdzie jestem? - zapytała zachrypniętym głosem.
- W lesie. Gdy nastanie świt, wyjdziemy stąd. Ale tymczasem musimy to zostać. Jesteśmy tu bezpieczne.
    Kobieta zaniosła się histerycznym śmiechem. Natychmiast do niej przypadłam, zatykając jej usta dłonią.
- Jesteśmy łowcami. Znamy się na tym. Musisz z nami współpracować. Jak będziesz grzeczna, to cię nawet nie zwiążę. - ostatnie zdanie wypowiedziałam całkiem innym tonem. Już nie starałam się być przymilna, przyjazna. Teraz byłam twarda, zdecydowana, niemalże bezwzględna. Wpatrywałam się w oczy kobiety, a w zasadzie młodej dziewczyny, dopóki nie przekonałam się, że moje słowa dotarły do przerażonego umysłu. Wtedy zabrałam dłoń, czując lekki dreszczyk podniecenia. Ruszamy do przodu! - Jak się nazywasz?
- Re-rebecca Spike. - pociągnęła nosem. - Przyjechałam tu z mężem, jesteśmy biologami...
- Twój mąż ma na imię Richard?
    Zdziwiona Becca skinęła głową.  Biolodzy są jak studenci prawa. Zawsze wspomną o swoim fachu.
- Widzisz? Znamy się na tym. - uprzedziłam jej pytanie. - Czy tam, gdzie was przetrzymywano, był ktoś jeszcze?
- Ja... wydaje mi się... - zaszlochała. - Tam był mały chłopczyk... Tak się bałam... nie uwolniłam go... uciekłam... a mój Richie...
- Czy on tez zdołał się uwolnić? - Ava włączyła się do przesłuchania.
- Kazał mi uciekać... Wtedy pojawił się ten... Był wysoki, chudy... Wydawało mi się, że miał szpony zamiast palców... - ukryła twarz w dłoniach, a jej ramiona zaczęły drżeć. Wymieniłyśmy  z Sable spojrzenia. Teraz byłyśmy pewne, na co polujemy.
    Albo co zaczyna polować na nas.
- BECCA! - rozpaczliwy krzyk ponownie przeciął ciszę. Dziewczyna gwałtownie podniosła głowę.
- Richard?! - chwiejnie uniosła się, wpatrując się w ciemną ścianę lasu. Szybko chwyciłam ją za rękę.
- To nie jest twój mąż. To potwór, umie naśladować ludzki głos.
- REBECCAAAAA......!
- Mój Richie, boże, Richard...
- Jedna z nas musi stąd wyjść - oznajmiłam, sięgając po pistolet i sprawdzając zawartość magazynka. - Inaczej będziemy tu siedzieć jak kurczaki.
- No chyba ci na mózg padło. - Sab;e przywołała moje słowa.
- Zabierz dziewczynę do samochodu. Dołączę do was. - odwróciłam się, zaciskając powieki i biorąc głęboki wdech. Chyba postradałam rozum, tak jak mówi Ava. Ale wiedziałam, że to jedyna droga.
- Idę z tobą.
- Nie możesz. - pokręciłam głową. Krzaki za nami ponownie zaszeleściły. Miałam nadzieję, że to tylko wiatr, którego nie czułam.
- Zagrajmy. - zaproponowała Ava, wkładając pistolet pod pachę i wystawiając kciuk prawej ręki. Zmrużyłam oczy i powtórzyłam jej ruchy. Ten irracjonalny sposób na podejmowanie decyzji wymyśliłyśmy parę lat temu.
     Walka była nierówna - spędziłam na pisaniu wiadomości o wiele więcej czasu niż ona.
- Zabierz ją do samochodu. Tylko nie wsiadaj za kierownicę, bo cię zabiję.
- Jeżeli sama nie zginiesz. - rzuciła z wyrzutem.
- Wtedy wrócę i cię zabiję.
    Miałam nadzieję, że to nie będą moje ostatnie słowa, bo brzmiały fatalnie. Z duszą na ramieniu chwyciłam płonącą żagiew i ruszyłam poza krąg z anasazi. Tuż poza znakami przypomniałam sobie lepszą ostatnią kwestię.
- W sumie jeden na jeden to dobry układ, prawda?
    Nie uzyskałam odpowiedzi, bo twarz Avy wykrzywił grymas przerażenia i chwilę później coś uderzyło we mnie z ogromną siłą, wytrącając mi płonącą gałąź z ręki i przygniatając mnie do ziemi.
- Chiara! - wrzasnęła Ava. Pomimo ciemności widziałam twarz, która nachylała się nade mną, dłonie zakończone szponami po obu stronach mojej głowy, długie, nagie, szare ciało nie pozwalające się ruszyć...
    Gorączkowo zaczęłam rozglądać się za moim pistoletem. Czymkolwiek, co mogłoby mi teraz pomóc.
- Sam, ogień! - rozległ się niski, męski głos. Świetnie, mój mózg zaczął mi płatać figle. Ale ogień, to jest to...
- Ava, podpal go! - rozkazałam wysokim głosem. Bestia uniosła się na nienaturalnie długich ramionach i wyszczerzyła okropną mordę w uśmiechu. Czułam oddech śmierci, gdy uniosła jedną rękę i rozczapierzyła dłoń...
    Ogień otoczył mnie ze wszystkich stron. Wrzasnęłam, odwracając głowę i zaciskając powieki. Błagam, abym z tego wyszła cało. Przez huk pożaru usłyszałam nienaturalny wrzask płonącej bestii. Próbowałam wypełznąć spod ciała wendigo, ale był dla mnie zbyt ciężki, ogarnięty paniką.
    Nagle poczułam uścisk na moich ramionach i ktoś wyciągnął mnie spod dogorywającego potwora, unosząc do góry. Noc rozświetlił błysk, płomienie obejmowały kolejne partie nienaturalnego ciała. Oboje upadliśmy na ziemię, odwracając głowy od nadmiaru światła. Rozległ się ostatni wrzask, a potem wszystko ucichło, oprócz naszych ciężkich oddechów i histerycznego szlochania Rebecci.
    Zamknęłam oczy, spazmatycznie wciągając powietrze przesycone smrodem spalonego mięsa i płonącego jałowca. Nie docierało do mnie, że to już koniec.
- Dzięki, Ava. - mruknęłam, nie otwierając oczu.
- Nie ma sprawy. - odparł ten sam, niski, seksowny, męski głos.
    Na pewno nie głos Avy.

Hunteri Heroici


Chiara Perry
Studentka I-go roku socjologii w Hunter College, urodzona 24 września 1997
Krnąbrna, impulsywna, niezależna. Świetna w kłamaniu i oszustwach, potrafi grać całą sobą. Jest bezlitosna i cyniczna, dzięki dobremu zmysłowi obserwatora potrafi idealnie uderzyć w cudzą psychikę. Woli działać niż planować.
Najlepsza przyjaciółka, współlokatorka i towarzyszka polowań Avy.


Ava Sable
Studentka I-ego roku socjologii w Hunter College, urodzona 8 grudnia 1997
Zadziorna, pewna siebie, niekiedy szorstka w obyciu, z sarkastycznym poczuciem humoru i jednocześnie lojalna towarzyszka (jeśli znajdzie odpowiednie towarzystwo). Największy leń jakiego można spotkać. To ona jest mózgiem operacji, znajduje sprawy. Stara się pilnować Chiarę.
Najlepsza przyjaciółka, współlokatorka i towarzyszka polowań Chiary.


 Jason Manns
Student I-ego roku socjologii w Hunter College, urodzony 14 kwietnia 1997
Pozytywny, otwarty, autentyczny fan polowań. Wyznaje zasadę "carpie diem" i zwolennik teorii reinkarnacji. Uwielbia obcować z ludźmi, sprawny dyplomata i strateg. Dzięki swojemu urokowi jest w stanie wejść wszędzie i załatwić wszystko.
Nieocenione wsparcie Chiary i Avy w przygotowaniach do łowów.


Dean Winchester
Łowca z krwi i kości, urodzony 24 stycznia 1992
Arogancki, impulsywny, inteligentny łowca. Jest troskliwy i życzliwy w stosunku do bliskich mu osób, rodzina jest dla niego najważniejsza. Często poświęca się dla sprawy, za nic ma zasady. Jest pomysłowy, ma szeroką wiedzę na temat oszustw i  broni.
Starszy brat Sama.



Sam Winchester
Łowca, urodzony 2 maja 1995
Niezależny, opanowany i oczytany dyplomata. Nie zawaha się iść za swoim przeznaczeniem i jest bardzo skupiony na tym, czego sam chce od życia. To on opracowuje strategie dla siebie i Deana. Jest troskliwy, empatyczny i wrażliwy. Skłonny do poświęceń w imię wyższych celów.
Młodszy brat Deana.