niedziela, 21 maja 2017

Rozdział IV.

    Czyjeś łomotanie do drzwi próbowało przebić się przez Anthrax, zapętlone i puszczane od przedpołudnia w takiej ilości decybeli, że mnie samą zaczynała boleć głowa. Wściekłe uderzenia w drewniane drzwi wtapiały się w tło Catharsis. Nie zamierzałam jednak podnosić się z kanapy. Leżałam na niej już parę godzin, z kocykiem splątanym gdzieś między kostkami, wpatrując się w sufit.
    No dobra, może nie parę godzin, ale dzień. Lub dwa. Doprowadzałam sąsiadów do szewskiej pasji kolejnymi albumami trashmetalowych lub rockowych zespołów. Mogłam się założyć, że już na pamięć znali "Carry On Wayward Son" i nie byli tym zachwyceni.
- Chiara, otwórz drzwi. - stanowczy głos Jasona nie wymagał krzyku, bym go usłyszała ponad głosem Scotta Iana. - Perry. Otwórz. Te. Drzwi. Nie żartuję.
    Dawał się zbywać dwa dni. Po powrocie do domu wysłałam mu krótkiego maila, w którym poinformowałam go o utracie telefonu, Avy i mojej chęci do życia. Dałam mu również do zrozumienia, że nie jest mile widziany. A mimo to przychodził. Jednak najwyraźniej gdy kolejny raz został zignorowany, chyba stracił cierpliwość. Nie minęła chwila, gdy drzwi stanęły otworem, a w nich Jason. Uniosłam głowę, lustrując chłopaka wzrokiem.
- Geez, Manns, kiedy nauczyłeś się włamywać do domów?
- Kiedy moja dziewczyna zapadła się pod ziemię na tydzień. - zamknął za sobą drzwi i schował wytrych do kieszeni. Oparłam głowę o poduszki, podsuwając kocyk do pasa.
    Znaleźć mnie zabarykadowaną we własnym mieszkaniu bez oczu podkreślonych eyelinerem to jedno.
    Znaleźć mnie zabarykadowaną we własnym mieszkaniu bez oczu podkreślonych eyelinerem i z nabitym visem w dłoni to całkiem coś innego. Tylko czarny pistolet z brązową rękojeścią, który lata temu wypatrzyłam w sklepie ze starociami, a który okazał się bronią należącą niegdyś do majora Wojska Polskiego towarzyszył mi w moim planowaniu zemsty.
   Jason przeszedł dwa metry, dzielące drzwi od centrum pokoju dziennego, krzywiąc się nieznacznie na widok bałaganu panującego na dywanie za sofą. To było nasze pierwsze spotkanie od tamtej tragedii w psychiatryku. Nie wyglądał na złego, ani nawet zawiedzionego. Wyglądał na cholernie zmartwionego. Poczułam, że moje oczy robiły się mokre. A słabość to ostatnie, czego teraz potrzebowałam.
    Jason przysiadł na skraju kanapy, chwytając moje kostki i układając je sobie na kolanach. Przesunął spojrzeniem po moich nagich ramionach. Przez jego twarz przemknął cień, gdy dostrzegł siniaki w kształcie dużych, męskich dłoni. Jednak nie powiedział nic. Pogładził moje bose stopy, wlepiając we mnie spojrzenie brązowych oczu. Skubany zawsze tak robił, by mnie rozmiękczyć. A ja nigdy nie umiałam mu odmówić.
- Nie powinieneś tu przychodzić. - mruknęłam, odwracając wzrok. Nie rozklejaj się, Chiara.
- Opowiedz mi. - jego miękki głos łagodnie przenikał mój przesiąknięty zemstą umysł. Pomimo nakazującego tonu, chciałam mu wszystko wyznać z własnej woli... Tylko dlatego, że poprosił.
    Cholerny manipulant.
- Nie będę się przed tobą uzewnętrzniać, J.
- To dobrze, bo nie jestem psychologiem. - oparł się wygodnie i spojrzał w czarny ekran wyłączonego telewizora. Potem zaczął kontemplować wnętrze mieszkania, jakby nie spędził tutaj tysięcy godzin.
    Szara kanapa, dwa fotele. Szklany stolik pośrodku i 32-calowe cudo Avy na ścianie. Tuż za kanapą dywan z długim włosiem, czarny, z zatrważająco wysoką ilością okruszków z chipsów wewnątrz. Komoda z laptopem i głośnikami, trzy regały książek. Po prawej lada, wysokie krzesła, lodówka i niewielka kuchnia. Wszystko w odcieniach czerni, szarościach, bielach. To wszystko można było zobaczyć tylko stając w drzwiach wejściowych. Jason znał to mieszkanie lepiej niż swoje własne. Ale on wcale nie poznawał wnętrza.
    Szukał Avy.
- Więc to byli ci Winchesterowie? - odezwał się cicho, gdy znalazł pilota od wieży i przyciszył muzykę.
    Skinęłam głową, nie mogąc opanować dreszczu, który przebiegł mi po plecach. Zacisnęłam dłoń wokół rękojeści visa. Pomyśleć, że to byli moi idole. Nieosiągalne wzory, nieustraszeni, zdeterminowani amerykańscy łowcy.
    A tak naprawdę dwóch łajdaków o ponadprzeciętnej pewności siebie. Potencjalni samobójcy. Znałam łowców takich jak oni, którzy ginęli szybciej niż zdążyli powiedzieć: "zmiennokształtny".
- Hm. Wyglądali na takich.
    Uniosłam brew, nakazując mu rozwinięcie tematu.
- No proszę cię. Ten typ: "Skrzywdzisz mojego małego, słodkiego kotka, to ja skrzywdzę ciebie. Bardzo, bardzo mocno"...
- Tylko bez nawiązań do "Suicide Squad", J.
- ... nawiasem mówiąc, to twój typ.
    Posłałam mu gniewne spojrzenie. Sam fakt, że opis Winchesterów wyrwał się z moich myśli w moje słowa mnie zirytował. A dodatkowo Manns zaczyna odstawiać psychoanalizę.
- Ależ tak, Perry. Joker, Harry Hole i ten cały... Łowca demonów z tatuażami...
- Herondale! - burknęłam.
- Właśnie. Ty uwielbiasz badboyów. Dlatego na zawsze będziesz mnie friendzonować.
- Ale oni wszyscy... Wszyscy są bohaterami książek, J. Nie istnieją.
- Sam i Dean Winchester też byli mitycznymi postaciami, pamiętasz? Da się w ogóle wywołać Apokalipsę? No i według Gartha ten cały Dean umarł ze 3 razy. Albo koleś wygrał dziwny los w Joylandzie, albo nie wiem...
    Musiałam przyznać, że Jason miał natchnienie. I miał gadane. To on był naszym przedstawicielem w, hm, niemalże wszystkim. Ja, z moim niewyparzonym językiem i Ava, z tą całą niechęcią i pogardą względem rozmówcy rysującą się na twarzy byłyśmy jak doktor Jekyll przy panu Haydzie.
- ... no i ten cały anioł, z którym się kumplują. To znaczy, wiem, że ty wierzysz że anioły istnieją, Chiara, ale serio? Anioł zstąpił z Nieba, by wyciągnąć nieznanego mu ziomka z Piekła? Wyobraź to sobie: Bóg wraca z pracy do domu, chciałby sobie odpocząć, obejrzeć trochę Netflixa, ale nie może! Otwiera drzwi, a nadąsany Michał przybiega z tekstem "Tato, bo Lucyfer psuje moje zabawki!". No to idą do Lucyfera, a on wisi nad Afryką i maluje ludzi czarnym markerem. No i bum, mamy Murzynów. Bóg już ma dać szlaban Luckowi, gdy wchodzi Rafał i nakazuje im wszystkim ciszę, bo studiuje jakieś tajemne księgi kto wie czego, ale teraz nazywalibyśmy go kujonem. Gabriel daje rockowy popis na elektrycznej gitarze i wywołuje na Ziemi burzę, a Luci to wykorzystuje i zabija sobie kilka kolejnych zabawek. Bóg wyrzuca go z domu, czyli strąca z Nieba i już chciałby po prostu napić się kawy, mniejsza o Netflix, gdy wchodzi kolejny syn i mówi, że zakochał się w przypadkowym Ziemianinie i zamierza go uwolnić z Piekła. I co mówi Bóg w tym momencie? Castiel, rób co chcesz.
    Usiadłam i wyprostowałam się, patrząc w dal. Łączyłam wątki.
- Castiel jest aniołem. - szepnęłam.
- Co? - Jason stracił wątek. Chyba się nie spodziewał, że go słucham.
- Skąd ci się wzięło to imię?
- Castiel? Nie wiem. Skończyły mi się anielskie imiona, przecież wiesz, że jestem niewierzący. - zaśmiał się niepewnie. Chyba troszeczkę go przerażałam. - Ten cały Emmanuel nazywał tak siebie, tak czy nie?
- Emmanuel Allen to Castiel. Castiel to przyjaciel Winchesterów. Nic mi się nie przywidziało w szpitalu....  Możesz próbować przywołać anioła modlitwą... Ale czy jest jakieś skuteczne, szybsze zaklęcie?
    Odrzuciłam kocyk i stoczyłam się z kanapy, lądując w przykucu.
- Chiara! Czy to broń?
    Shit. Zapomniałam o visie. Zabezpieczyłam go i rzuciłam na łóżko, po czym szybkim krokiem przemierzyłam pokój, podchodząc do regałów. 
- "Sabrina, nastoletnia czarownica"... Co to robi w dziale z urokami?! "Harry Potter"?
- Chiara, myślisz, że co robisz? - Jason usiadł bokiem, opierając ramię o oparcie i przyglądając mi się badawczo. Przesuwałam palcami po grzbietach książek, z głową pochyloną na bok. Bezgłośnie poruszałam ustami, odczytując tytuły książek. Powinniśmy z Avą wprowadzić jakiś katalog, cokolwiek, bo nie mogłam się odnaleźć wśród tych półek. 
    Stanęłam na palcach, próbując dojrzeć coś na najwyższej półce. Zazwyczaj przeklinałam mój niski wzrost, a tym razem nie było inaczej.
- Muszę znaleźć... - urwałam, gdy zobaczyłam dwa wyrazy wytłoczone w brązowej skórze. Czubkami palców udało mi się sięgnąć po tytuł. - "Protegentibus sigils". Jason, umiesz w enochiańskim?
    Odwróciłam się do przyjaciela z grubą księgą w ręku. Wpatrywał się we mnie z lekko rozchylonymi ustami. We mnie? Na wszelki wypadek obejrzałam się za siebie. Pusto. Uniosłam brew.
- Jason, dobrze się czujesz? Zadałam ci pytanie...
- Chiara... - Manns podniósł się i powoli, z wahaniem podszedł do mnie. Stanął przede mną i wykonał ruch, jakby chciał mnie objąć, ale zrezygnował w ostatniej chwili. Zmarszczył brwi, jakby intensywnie się nad czymś zastanawiał. Spuścił wzrok i pokręcił głową. - Zupełnie nie rozumiem, o czym ty mówisz. O co ci chodzi z tym całym Castielem? Oblaliśmy ten projekt, Berkley powiedział, że da nam następny temat. To nie nasza wina, że ten świr uciekł ze szpitala. Przestań o tym myśleć.
- Ten świr jest aniołem. - rzuciłam i wyminęłam przyjaciela. Zaczynał mnie irytować swoją ignorancją. Odwrócił się za mną, wyrzucając ramiona w powietrze.
- Aniołem? Chiara, anioły nie istnieją. 
- Jak możesz akceptować istnienie duchów, wampirów i czarownic, ale nie wierzysz w anioły? Jesteś ignorantem!
- Staram się myśleć trzeźwo, okej?! Ziemia ma mnóstwo tajemnic, więc akceptuję zjawiska nadprzyrodzone. Ale Piekło, Niebo? To jakieś chrześcijańskie brednie.
- Tak się składa, że jedno z tych "chrześcijańskich bredni' porwało twoją przyjaciółkę.
    Może nie była to do końca prawda, ale on nie musiał o tym wiedzieć.
- Anioł porwał Avę? - uniósł brwi. - Przecież to Winchesterowie wrzucili was do samochodu...
- Rany, Jason, musisz być taki drobiazgowy? Rzecz ma się tak, że jak odnajdę Castiela, to odnajdę Winchesterów. A wtedy znajdę też Avę.
    Położyłam książkę na ziemi, zastanawiając się, czy będę potrzebować więcej tomów, czy będę miała szczęście i znajdę zaklęcie już w tym.
- Chiara, zachowujesz się, jakby Ava już umarła. Znajdzie się. Jest łowczynią. Sam i Dean podobno też. Nie mają żadnego biznesu w zabijaniu jej. Musisz się ogarnąć.
- Nie zależy ci na niej? - odwróciłam się do przyjaciela. Nie mogłam uwierzyć w jego nonszalancję. Nie teraz.
- Nie było cię trzy dni. Nagle wracasz i piszesz jednego cholernego maila... a potem nie dajesz znaku życia przez resztę tygodnia. Nie chodzisz do pracy, na zajęcia, nie odpowiadasz na wiadomości. Nie otwierasz cholernych drzwi. Siedzisz sama z muzyką i pistoletem. Robisz z siebie ofiarę, Perry. Zniknięcie Avy tylko ci pomogło w zostaniu primadonną. - wpatrywał się we mnie z furią w oczach. Cofnęłam się krok, lub dwa, dopóki nie wpadłam na kanapę. Chwyciłam się jej kurczowo, jakby słowa Jasona miały zbić mnie z nóg. - Jeżeli to jest twoja prawdziwa twarz, to ja rezygnuję. Bo moja Chiara nie planowałaby zemsty. Żyłaby dalej, a gdyby nadarzyła się okazja, uderzyła z całą siłą. Ale ta dziewczyna, która stoi przede mną... Naoglądała się chyba za dużo Nastoletniej Marii Stewart.
    Podszedł do drzwi. Nie śledziłam go wzrokiem. Wpatrywałam się w dywan, a poczucie winy i żal wypełzały z żołądka, wydzierając powietrze z płuc i zaciskając się na gardle. Gorące łzy wciskały mi się w oczy, by niekontrolowanie spłynąć po policzkach i zostawić mokre ślady na koszulce i spodenkach. Jason stał niewzruszenie z ręką na klamce.
- Chiara Perry, na którą mogłaby liczyć Ava, nie jest tchórzem.
    Wyszedł z mieszkania, zostawiając mnie samą. No, może nie do końca samą. Strach, poczucie winy, żal, rozgoryczenie, tęsknota, niemoc wisiały w powietrzu, dusząc mnie, ograniczając moją wolność. Zgięłam się w pół, opadając na podłogę, spazmatycznie łapiąc powietrze i krztusząc się łzami.
    Zostawiłam Avę samą. A zasada numer 1 mówiła jasno: Nie zostawiaj jej samej.
------------------------------------------------------------------
    Minął kolejny dzień, zanim udało mi się na dobre opanować. Moja twarz nie była już opuchnięta od płaczu, na oczach ponownie zawitał makijaż. Wcisnęłam się w jasne rurki i dżinsową kamizelkę, chwyciłam półlitrowego zielonego monstera i punkt 9:30 stawiłam się przed podwójnymi drzwiami uczelni. Siniaki na moich ramionach powoli bledły, wyglądały teraz jak szare plamy na mojej jasnośniadej skórze Podsunęłam okulary przeciwsłoneczne na czubek głowy, zadzierając brodę w górę. Cztery piętra niespełnionych ambicji.
    Wzięłam głęboki wdech i powoli wypuściłam powietrze. Polowanie na potwory jest łatwiejsze niż powrót do życia.
     Szłam nieśpiesznie korytarzem, mijając stojące gabloty z pucharami i medalami, ściany z dyplomami oprawionymi w ozdobne ramy, olejne obrazy byłych rektorów. Ta szkoła mnie przerażała. I fascynowała. Mijałam ludzi, których znałam, a którzy niekoniecznie znali mnie. I vice versa. W czasie, gdy mój świat wywrócił się do góry nogami, tutaj wszystko płynęło niezmiennym nurtem. Cieszyłam się z tej ostoi spokoju.
    Weszłam do sali i zajęłam jedno z pojedynczych stolików ustawionych w półkolu. Etyczne problemy zawodu socjologa to jedne z tych ćwiczeń, na których każdy musiał zabrać głos, więc siedzieliśmy w kręgu, aby każdy był równy. Brzmiało spoko, dopóki miałeś o czym mówić.
- Cześć. - Jason rzucił swój plecak na ławkę obok i sam opadł na siedzisko. Wyciągnęłam słuchawkę z ucha i posłałam mu uśmiech. Już otwierałam usta, by odpowiedzieć na przywitanie, gdy odkryłam, że Manns wcale nie mówił do mnie. Patrzył w bok, na Emily, przemiłą dziewczynę, z którą mieliśmy większość zajęć. Uniosłam brwi, gdy roześmiana Emily załapała mój wzrok ponad ramieniem Jasona. Szybko usiadła i rzuciła cicho kilka słów do mojego przyjaciela. Ten pokręcił głową i sięgnął po zeszyt do plecaka. Nawet na mnie nie spojrzał.
- Panna Perry! Dobrze cię znowu widzieć. - głęboki głos mojego ulubionego młodego wykładowcy, pana Masona, rozbrzmiał mi nad głową. - Mam nadzieję, że lepiej się już czujesz. I że nie zarażasz. - uśmiechnął się szeroko, odsłaniając białe zęby. Zerknęłam na niewzruszoną minę Jasona. A więc krył mnie, zanim stracił do mnie cierpliwość. Ledwo co pozbyłam się negatywnych uczuć, które gromadziły się ze mną od czasu drogi powrotnej z Pensylwanii, a teraz powróciły z podwójną siłą. Lecz nie nazywałabym się Chiara Perry, gdybym nie umiała tego zamaskować.
- Tak. Jest lepiej. - odparłam, odwzajemniając uśmiech. - Dzięki.
    Ale wcale nie było. Czułam, jak spadam.

niedziela, 14 maja 2017

Rozdział III.

    Dean pochylił się i spojrzał przez uchylone okno do wnętrza samochodu.
- Chyba już wiecie, że nie macie po co uciekać? Z nami jesteście po prostu bezpieczniejsze.
    Wytrzymał nasze mordercze spojrzenia tylko chwilę. Potem wyprostował się i pokręcił głową. Przez moment sprawiał wrażenie, jakby chciał coś dodać, ale zrezygnował i skierował się w stronę sklepiku przy stacji Gas-N-Go gdzie Sam i Meg już robili zakupy.
    Gdy upewniłam się, że odszedł, ukryłam twarz w dłoniach. Granatowy lakier na moich paznokciach ukruszył się w niektórych miejscach, na skutek mojej szarpaniny z Deanem na poprzednim postoju, przy pierwszej próbie ucieczki. Nie muszę chyba dodawać, że nieudanej?
   Wiedziałam, że mój makijaż jest nieznacznie rozmazany bo przebytym załamaniu, włosy wzburzone, ubranie wymięte, a w rajstopach puściło oczko. Mogłam mieć tylko nadzieję, że obecny wygląd nadrabiam charakterem. Nawet jeżeli czułam się jak przegryw.
    Ponieważ ja, Chiara Perry oraz moja współtowarzyszka, Ava Sable zostałyśmy uprowadzone przez Sama i Deana Winchesterów, łowców, którym najwidoczniej przekręciło się w głowie po kilku wizytach w Piekle oraz Meg Masters, zirytowanej wiecznym potępieniem demonicy. Na nic się zdały nasze protesty, błyskotliwe argumenty ani groźby. Najwidoczniej jeden semestr socjologii to za mało, żeby móc przekonać porywacza o uwolnienie ofiar bez wpłacania okupu. To by było na tyle z błyskotliwej kariery behawiorysty.
    Poczułam szturchnięcie Avy na kolanie. Otarłam ze złością łzy, które pchały mi się do oczu i spojrzałam na przyjaciółkę. Siedziała niemal nieruchomo, choć jej czujne oczy obserwowały postaci poruszające się po sklepiku. Przez witrynę z kolorowym napisem: "3 BATONY CRUNCHY W CENIE 2!*" doskonale było widać Sama i Meg spacerujących między półkami, zgarniających produkty, oraz Deana, flirtującego z młodą dziewczyną za ladą. Poczułam dziwne, nieznane mi uczucie w żołądku.
    W końcu Ava skinęła lekko głową w kierunku drzwi.
- Nie zamknął ich.
    Obejrzałam się w lewo. Srebrna klamka błyszczała kusząco na tle białej skóry, którą wymoszczona była Impala. Gwałtownie zatęskniłam za czarnym wnętrzem mojego Johnny'ego. Zacisnęłam powieki, nakazując sobie skupienie. To była nasza szansa na ucieczkę. Prawdopodobnie ostatnia.
    Po prawej stronie miałyśmy dystrybutory i budynek stacji. Za nim prawdopodobnie była siatka, bo raczej nikt nie stawiałby domu przy stacji benzynowej. Za to po lewej miałyśmy tylko drogę stanową numer 80, którą niezmiennie mknęliśmy na zachód, a za nią duży parking. Szarość asfaltu dominowała w okolicy. Parkingi i drogi wypełniały krajobraz. Szanse ucieczki były zerowe.
    Ale nie niemożliwe. Pociągnęłam trapezową spódniczkę do góry, by ułatwić sobie manewry, włosy wsunęłam za uszy.
- Ja na wprost, ty na tył. - zakomenderowałam.
    Ava ledwo zauważalnie skinęła głową. W ten sposób miałyśmy największe szanse; Sable, wystawiona na wzrok Winchesterów musiała szybko przebierać nogami, jeżeli nie chciała być złapana. Ja byłam zasłonięta przez samochód, więc mogłam sobie pozwolić na chwilową zwłokę w postaci obejścia zamkniętych drzwi.
- Sytuacja?
- Czysto.
    Wzięłam głęboki oddech i przysunęłam się bliżej drzwi. Nie zamierzałyśmy wyskakiwać jedną stroną. - Teraz.
    Pociągnęłam za klamkę i pchnęłam drzwi na centymetry niezbędne do wyślizgnięcia się na zewnątrz. Przykucnęłam i domknęłam czarną blachę, a potem puściłam się biegiem. W tym samym momencie zdałam sobie sprawę, że te okolice to totalne zadupie. Przecięłam parking i wpadłam w uliczkę. Duffey Street, głosił napis.
    Podczas naszych polowań już kilkakrotnie zdarzyło nam się zostać uprowadzonymi. Wyrobiłyśmy więc sobie swoisty plan działania. Wyjście z samochodu. Znalezienie schronienia jak najbliżej miejsca ucieczki - bo nikomu nie przyjdzie do głowy, że uciekinier pozostaje blisko porywacza, zamiast uciekać. A potem zostaje znalezienie motelu z "Inn" w nazwie, czwartego w wynikach wyszukiwania w google i zameldowanie się pod nazwiskiem "King".
   Zwolniłam. Przebiegłam może z 15 metrów, by ujrzeć kolejny parking. Zaczynała mnie dopadać panika. Na szczęście po prawej miałam domki jednorodzinne. Wbiegłam na cudze podwórko i, ku swojej uciesze, zobaczyłam niewielką szopę. Czym prędzej skierowałam się w jej stronę, modląc się, by nie wpaść na mieszkańców. Nikt nie chciałby znaleźć na swojej posesji uciekinierki.
    Wsunęłam się do środka i zamknęłam za sobą drzwi, opierając się o nie i łapiąc oddech. Teraz każda z nas musiała radzić sobie sama i miała 12 godzin na dotarcie do umówionego miejsca. Zerknęłam na zegarek na nadgarstku. Od ucieczki minęły trzy minuty. Odczekam jeszcze 12 i mogę ruszać.
    Poprawiłam ubranie i z zachwytem skonstatowałam, że wewnątrz szopy, oprócz niezliczonych narzędzi i krajzega, stoją rowery, a co lepsze, lustro. Podeszłam do niego, by nadrobić braki w makijażu. Sięgnęłam do torebki po kosmetyczkę...
    Poczucie przerażenia zalało mnie gorącą falą. Gorączkowo próbowałam sobie przypomnieć, czy zabierałam ją ze sobą w podróż ku wolności. Byłam niemal pewna, że tak, a to oznaczało, że zgubiłam ją po drodze. Wyjście z bezpiecznej szopy nie wchodziło w grę. Zacisnęłam powieki. Chiara oszołom. Właśnie pozbawiłaś się telefonu, kluczy od domu, portfela z kasą i dokumentami, wszystkiego, geniuszu.
    Życzę ci powodzenia w dotarciu do domu, skoro bez lokalizacji google nawet nie wiesz, gdzie jesteś.
   Opadłam na ziemię, obejmując się ramionami i lekko pocierając skórę. Zmierzchało, a ja miałam na sobie tylko lekką koszulkę. Dopiero teraz dotarł do mnie ból, który sobie zadaję. Uniosłam brzeg koszulki, zerkając na ramię. Sine placki wykwitnie wtapiały się z lekko śniadą skórą. Przyłożyłam do nich swoją dłoń. Zostawiły je dłonie o o wiele większym rozmiarze. Patrząc na brzuch, byłam już pewna, że poprzednia próba ucieczki była absolutnym fiaskiem. Szybka reakcja, ręka Deana na moim ramieniu, zatrzymująca mnie niemalże w miejscu. Jego ramię, obejmujące mnie w pasie i przytrzymujące, gdy wierzgałam nogami w powietrzu. Bez łez. Bez słów. Lecz z ogromną agresją i pasją.
    Co za psychol.
     Podniosłam się i postanowiłam chociaż spróbować doprowadzić się do porządku. Gdy uznałam, że wyglądam w miarę reprezentacyjnie, wysunęłam głowę na zewnątrz, badając teren. Czysto. Muszę znaleźć kogoś z telefonem. A potem czekać na Avę. I przede wszystkim nie dać się złapać.
  ----------------------------------------------------------------------------
     Wynajęłam pokój w Wolfeys Bistro and Pub. Z zadowoleniem ujrzałam szyld zachęcający gości do gry w snookera. Skoro byłam taką ciapą, że zostawiłam swoje rzeczy u Winchesterów, musiałam wykombinować kasę, żeby przeżyć dzisiejszą noc.
    Bez wahania udałam się do środka. Nikt nie zwrócił na mnie uwagi, gdy stanęłam w drzwiach. Pomieszczenie było pełne dymu i ludzi, głównie podpitych mężczyzn i kobiet lekkich obyczajów. Od dymu papierosowego zadrapało mnie w gardle, ale nie pozwoliłam sobie na kaszel lub jakąkolwiek inną słabość. Z moją niewinną buźką musiałam uważać.
    Podeszłam do stolika z możliwie najtrzeźwiejszym towarzystwem. Może i rozpaczliwie potrzebowałam pieniędzy, ale to żadna zabawa wygrywać ze słabszym przeciwnikiem.
- Hej. Wchodzę za 20 dolców. - zagaiłam. Trzech chłopaków, na moje oko, w wieku 25-30 lat obejrzało się na mnie.
- Pokaż kasę. - odparł jeden z nich, prawdopodobnie stary wyjadacz.
- Pokażę ci, gdy tylko ją od ciebie wygram. - sięgnęłam po kij. - Kto rozdaje?
 -----------------------------------------------------------------------
    Lekką ręką wygrałam trzy stówy, w sam raz, by opłacić motel na jedną noc i zachować kieszonkowe. Zachwyceni moimi umiejętnościami gracze proponowali mi drinki, ale wolałam pozostać przy coli. Potrzebowałam pełnego skupienia. Niepokój o Avę ściskał mi żołądek. Nigdy nie potrzebowałyśmy aż tak wiele czasu na dotarcie do umówionego miejsca.
    Wracając do pokoju, ponownie zahaczyłam o recepcję, wypytując o kogoś nazwiskiem Wilkins. Tak zawsze rejestrowała się ta druga, jeżeli była taka potrzeba. Chłopak za konturem pokręcił ze smutkiem głową.
- Nie martw się. Może jeszcze przyjdzie. - w jego głosie autentycznie brzmiała nadzieja. Posłałam mu słaby uśmiech i skierowałam się pod moją siedemnastkę. Leżałam w ubraniu na łóżku, wsłuchując się w buczący klimatyzator i zastanawiałam się, czy i mojej przyjaciółce dopisało szczęście. Nawet nie chciałam dopuszczać do siebie myśli, że coś jej się stało.
    W końcu zasnęłam.
----------------------------------------------------------------------------
    Minęło 15 godzin od naszej ucieczki. Ava Sable zaginęła. Jeszcze 9 godzin i mogę zgłaszać to na policję. Gdybym oczywiście była aż tak szalona.
    "Halo, policja? Chciałam zgłosić porwanie. Czy widziałam porywacza? Tak, to Dean Winchester. Słyszał pan kiedyś o nim? Jakieś metr osiemdziesiąt pięć zabójczego seksapilu, zielone oczy, brązowe włosy... Poluje na potwory i jest w tym cholernie dobry. Dlaczego pan pyta o moje miejsce pobytu? Czy się leczę? Oczywiście, że nie!"
    Część mnie chciała tu zostać, zaczekać na przyjaciółkę. Ale wiedziałam, że tak naprawdę muszę wrócić do domu. Musiałam zaakceptować fakt, że Ava tym razem nie oszukała losu. Co za ironia. Zginąć nie podczas polowania, a w czasie zwykłego wyjścia na miasto. Najgorsze, co może spotkać łowcę. Lub jego najlepszego kompana.
    Poczułam, że po moich policzkach płyną gorące łzy, skapując na szarą spódniczkę i pozostawiając na niej mokre, okrągłe ślady.
    Przysięgam ci, Deanie Winchester. Jeżeli kiedykolwiek cię spotkam, zabiję cię.