niedziela, 25 czerwca 2017

Rozdział VI

    Anioł nie odzyskiwał przytomności. Sama nie wiedziałam, czy to dobrze. Jeśli go zabiłam, jego skrzydlaci towarzysze zjawią się tu na niebiańskich rumakach i mi wklepią. A jeśli tylko go ogłuszyłam, to z pewnością on sam weźmie na mnie wendetę, gdy tylko się ocknie. Ta sytuacja, choć nieco niezręczna, przynajmniej była stabilna.
    Dobra, przyznaję, wtedy spanikowałam. Ej, nie wiem jak wam, ale mnie nie co dzień grozi mityczna istota z wszechmocą. W dodatku tak przystojna.
    Przyglądałam mu się teraz, przygryzając wargę i mnąc w dłoniach resztkę sznura, którym związałam kostki i nadgarstki Castiela. Spod beżowego trenczu widoczna była szpitalna, dwuczęściowa piżama. Nie wiedziałam, po co mu takie przebranie, ale dziwny strój nadrabiał wyglądem. Gdyby nie to, że kolana już trzęsły mi się ze strachu, to na bank zmiękłyby mi na jego widok. Gdybyśmy się spotkali na ulicy, zdecydowanie zagadałabym o numer. Długie, ciemne rzęsy rzucały cień na ostre kości policzkowe, lekki zarost pokrywał skórę. Czarne włosy, wyglądające jakby stylista ułożył je w niedbałą fryzurę, były sklejone krwią. Przeze mnie.
    Rany, on mnie zabije. On albo Winchester.
    Rozejrzałam się wokół. Dobrze, że wcześniej zwinęłam dywan, by narysować krwawe znaki na ziemi. Inaczej nigdy nie doczyściłabym plamy z krwi Castiela. Mój wzrok padł na zepsutego laptopa. Podniosłam go z westchnieniem. Jego pokrywa była wygięta, ekran prawdopodobnie rozlany. Gdy lekko uchyliłam klapę, klawisz enter wypadł, cicho stukając o ziemię. Brawo Chiara.
      Odłożyłam komputer na szafkę i okręciłam się w miejscu, próbując ustalić plan działania. Mężczyzna drgnął nieznacznie. Musiałam przyznać, że z tym sama mogę sobie nie poradzić. Nacisnęłam na chrząstkę u nasady nosa; to zawsze pozwalało mi się skupić. Uświadomiłam sobie, że Jason miał rację. Prawdziwa Chiara Perry została chyba na tym zadupiu w Ohio. Powinnam się otrząsnąć, jeżeli miałam zamiar uporać się z aniołem. Ale zdecydowanie potrzebowałam wsparcia. Została aż jedna osoba, do której mogę zadzwonić. 
    W komodzie naprzeciw drzwi wejściowych trzymałyśmy dziennik z kontaktami. Przewertowałam go, śledząc wzrokiem nazwiska. Ale wybór był prosty. Sięgnęłam do plecaka po nowy telefon i szybko wstukałam sekwencję cyfr.
- Tu ja. Kto mówi? - lekko skrzypiący głos z brytyjskim akcentem odebrał telefon z niebanalną niewinnością. Niemal automatycznie na moją twarz wstąpił uśmiech ulgi. Minęło mnóstwo czasu, odkąd ostatni raz rozmawialiśmy.
- Garth? To ja, Chiara.
- To nie Garth. Tu kapral James Brown. O co chodzi?
    Oderwałam telefon od ucha, spoglądając na niego z niedowierzaniem. Mogłam się pomylić w numerze...? Prawie nie było takiej możliwości. Garth znowu nad czymś siedzi. I, jak widać, wpadł w rolę.
- Okej, panie Fitzgeraldzie IV. Potrzebuję pomocy przy polowaniu. Przyjedziesz tu sam, czy mam cię ściągnąć za pomocą nowego albumu Bell Biv DeVoe?
- 221 East 70th Street, Nowy Jork?
- Niezmiennie.
- Jestem dzień drogi od ciebie, panienko. Wytrzymasz tyle?
    Zerknęłam na Castiela. Zaczynał odzyskiwać przytomność i trochę się wiercić. Choć na początku mi ulżyło, teraz znów poczułam strach.
- Pewnie. - odparłam raźno do telefonu.
- Super. Ale potem ty mi pomożesz. Poluję na coś dziwnego.
- Ta. - mruknęłam. - Poczekaj, aż zobaczysz, co ja mam. - dodałam, patrząc w całkiem przytomne, gniewne, niebieskie oczy bez dna.
--------------------------------------------------------------------
    Wiesz, dlaczego się tu pojawiłem? Bo muszę wysłuchać każdego, kto pomodli się do mnie w czwartek. Generalnie ludzie mają jakieś sprawy do załatwienia. Ale nie ty. Ty mnie ściągnęłaś, żeby spróbować mnie zabić. - pokręcił głową. - Ludzie są przedziwni. Zaczynam rozumieć motywy Lucyfera.
- To się nazywa syndrom sztokholmski. - odparłam, opierając brodę o dłoń. 
- Powiedziałbym raczej: "kreatywne myślenie". Dean mówi, że...
- Znowu będziemy zachwycać się Deanem?
    Zerknęłam na zegarek. Prowadziliśmy  konwersację w podobnym tonie już piątą godzinę. Jak widać, Dean Winchester musiał być jakimś prawdziwym mędrcem, skoro nauczał samego anioła pańskiego. 
    Pełna tego, jakże prawdziwego, podziwu siedziałam za ladą, nad kolejnym kubkiem kawy. Castiel nadal był związany, siedział grzecznie na kanapie. Nie przeszkadzało mu to wspominać o swym idolu za każdym razem, gdy zabrał głos. A zdarzało się to niezwykle rzadko. Był naprawdę dobry w cichym kontemplowaniu świata. Od czasu do czasu rzucał mi spojrzenie wnikające w głąb duszy, ale głównie wpatrywał się w plakat obok telewizora. Byli na nim Zeppelini, pozujący na tle swojego The Starship. Może był przy nich, gdy nagrywali swój pierwszy album. Albo czuwał nad resztą zespołu w The Old Mill House, gdy Bonham uciekał w ramiona Śmierci.
    Westchnęłam i pokręciłam głową, obejmując kubek szczupłymi palcami i patrząc w zamyśleniu na jego zawartość. Przez minione godziny moje obawy dotyczące Castiela malały. Po pierwszych groźbach wydawał się nieszkodliwy. Nie próbował uciec. Nie próbował mną manipulować, ani nawet roznieść moje komórki po wszechświecie. Trochę narzekał pod nosem, najczęściej rzucając mi później urażone spojrzenie, ale w gruncie rzeczy stał się dzieckiem w prochowcu. Jeżeli wszyscy aniołowie tacy byli, to nie bałabym się tak bardzo spotkania z anielskimi braćmi.
- Ile masz lat? - zapytał w końcu swoim głębokim głosem, który przyprawiał mnie o dreszcze.
- Dziewiętnaście. - odparłam bez namysłu.
- Czy ty też polujesz całe swoje życie?
- Nie. Poluję, odkąd zjawa zabiła mojego chłopaka, a jego duch nie chciał odejść na druga stronę. - nie okazałam, jak bardzo zdziwiła mnie ta zmiana nastawienia mojego małego więźnia.
- Życie łowcy zawsze zaczyna się od czegoś tragicznego.
- Co za głęboka konkluzja, Sherlocku.
    Zwiesił głowę z autentycznym smutkiem.
- Nie rozumiem tego odniesienia. - oznajmił cicho. Wytrzeszczyłam oczy. Nie nadążałam za nim. - Kiedyś wszystko było prostsze. Ludzie nie komplikowali sobie życia tak bardzo jak teraz.
- Masz na myśli swojego ulubieńca, Deana? - upiłam łyk. - Przecież chyba macie jakieś swoje tajemne kody, w tym całym... trójkącie adoracji.
- Nie powinniśmy o tym rozmawiać.
- "Podziemny krąg!" - wyprostowałam się, ignorując fakt, że Castiel potwierdził wersję gejowskiego trójkąta. Byłam podekscytowana, że mężczyzna w końcu zrozumiał, co z siebie wyrzucam.
- Co? - zmarszczył brwi.
- Co? 
    Patrzył na mnie z autentyczną niewinnością w błękcie tęczówek. 
- Jeny, jak wy się dogadujecie? - potrząsnęłam głową z rozdrażnieniem. Temu facetowi chyba poprzewracało się w głowie. Wyczuwam tutaj zaburzenie osobowości typu bordeline.
     Może sprawa Emmanuela nadal nie była dokończona i ten mężczyzna tylko siłą własnej perswazji był aniołem? A może na samym początku źle go zdiagnozowano. Nie codzień spotyka się psychopatę. Może powinnam kontynuować projekt, póki mam obiekt badań w swoim mieszkaniu?
    Co prawda pod przymusem, ale hej! Nikt się nie dowie. Może nawet on.
- Słuchaj, może wróćmy na chwilkę do tego, co się wydarzyło w Colorado, hm? - zaczęłam przymilnie, z przyjaznym uśmiechem. Dlaczego nikt nie publikuje badań, jak poradzić sobie z psychopatycznym rozdwojeniem jaźni?
    Gdyby ktoś mi powiedział, że tak bardzo nie umiem w socjologię i kontakty między... hm... ludzkie, to bym nie marnowała tylu lat na studia i zajęła się czymś innym.
    Anioł powoli odwrócił głowę w moją stronę i posłał mi spojrzenie, od którego ciarki przeszły mi wzdłuż kręgosłupa.
- Nie ma o czym mówić. Może skupmy się na tobie, na twoim postępowaniu. Jesteś lekkomyślna, samolubna...
- Muzyka dla mych uszu. - przewróciłam oczami i sięgnęłam po laptopa Avy. Bez problemu włamałam się na jej dysk główny i puściłam pierwszą piosenkę Black Sabbath, jaka wyskoczyła na Youtube. 
- Nie próbuj uciszać mnie tym... tym... tym...
- Hardrockiem. - podsunęłam usłużnie, wstając zza lady i lekkim krokiem przemierzając pokój. Zmrużył oczy. Obserwowaliśmy się jak dwa tygrysy w klatce.
- Nie pouczaj mnie. 
- Nie bądź takim dzieciakiem. 
- Dowodziłem garnizonem Pana...
- A ja skończyłam podstawówkę z wyróżnieniem, i co? Ah, beztroskie czasy młodości. - otarłam niewidzialną łzę. Castiel odwrócił głowę i z zaciśniętymi ustami patrzył w drzwi. Uznałam to za mały sukces i na powrót zajęłam się swoją kawą.
    Cisza przedłużała się i zaczynałam czuć się nieswojo we własnym mieszkaniu. Aura otaczająca Castiela była szalenie silna. Uważałam siebie za dobrego obserwatora i na ogół nieźle "czytałam" ludzi. A jednak albo anioły były niedostępne, albo ja miałam braki.
    Ze znudzeniem sięgnęłam po telefon i dwukrotnie stuknęłam w ekran. Trzy nieodebrane wiadomości. Objęłam smartfona obiema dłońmi i przesunęłam palcem po kropkach, rysując wzór. Trzy wiadomości od Gartha. Wszystkie dostarczone w przeciągu 20 minut. Żadnego nie słyszałam. Czym prędzej je odczytałam, poruszając bezgłośnie ustami.
"Jestem na lotnisku. Jak stąd wyjść?"
"Wyszedłem. Jadę do ciebie, panienko."
"To na pewno East 70th Street? Nie mogę wejść do klatki."
"Pomyliłem numery. Stoję pod drzwiami."
"Możesz otworzyć?"
    Uniosłam wzrok na łagodny brąz drewna. 
- Chyba ktoś do ciebie pukał. - odezwał się Castiel. Nie zaszczyciłam go nawet zerknięciem. Koniec naszej nici porozumienia. Sam ją zerwał, insynuując, że Dean jest ode mnie lepszym człowiekiem. 
    Podeszłam do drzwi i zerknęłam przez judasza, nim je otworzyłam. Ostrożności nigdy za wiele, a skoro nikt nie chroni moich pleców, to muszę sobie radzić, jak tylko umiem.
    A jednak wysoka, przeraźliwie chuda sylwetka mojego przyjaciela i mentora była nie podrobienia. 
    Otworzyłam drzwi.

niedziela, 11 czerwca 2017

Rozdział V.

    Byłam wściekła. Gniew szalał w mojej duszy, nakazywał zrobić coś głupiego, nieroztropnego, byle tutaj, teraz, zaraz.
    Ale nie okazywałam mojego rozsierdzenia. Bez większego problemu, z kpiącym uśmiechem na twarzy pracowałam z Emily w parze na następnych ćwiczeniach ze struktur społecznych. Była przerażona. Czułam to. Widziałam. Napawałam się tym. Każdą sekundą, gdy bała się mi przerwać monolog. Pomylić przy wypisywaniu pojęć. Mieć inne zdanie.
    Oh, rany, miałam ochotę przeciągle zamruczeć z samozadowoleniem. Nim minie południe, Emily będzie kłębkiem nerwów. Już ja o to zadbam.
    W sumie sama nie wiedziałam, dlaczego to robiłam. Jakoś tak... samo mi wychodziło. Czułam na sobie badawcze spojrzenia Jasona, pracującego z innym chłopakiem, Marcusem. I to było w porządku. Każdy ma prawo na chwilę odpoczynku. Doskonale to rozumiałam.
- Nie zgadzam się. - powiedziałam cicho, odwracając głowę, by jeszcze raz przeczytać tekst na kartce do góry nogami. Siedziałyśmy na samym końcu sali. Każda para w skupieniu pochylała się nad swoimi wykresami, szeptem wymieniając uwagi. - Według mnie podział na struktury jest niejednoznaczny i przestarzały. Teraz zbyt wiele osób wykonuje inny zawód niż wyuczony. W związku z tym podział warstwowy, zamiast pokrywać się z klasowym, stwarza całkiem inny typ.
    Uniosła na mnie przerażony wzrok. Nerwowo bawiła się długopisem, przekładając go między palcami. Przewróciłam oczami. Myślałby kto, że taka z niej wrażliwa kobietka.
- No bo kiedyś było, że należało się na przykład do klasy wyższej, warstwy inteligencji. Tak? I to był status. Byłeś wysoko. Udowodniłeś to. A teraz możesz być magistrem po pedagogice i należeć do klasy wyższej, bo twój mąż jest chirurgiem i nazywa się Strange.
- Masz rację! - gorliwie przytaknęła Emily. Ponownie przewróciłam oczami. Zdecydowanie z tą dziewczyną nie mam co liczyć na bezbłędne zaliczenie ćwiczenia. Mogłam jej równie dobrze wmówić, że ziemia jest płaska, a i tak by się ze mną zgodziła. Jeszcze raz zerknęłam na kartkę z wykresem, próbując znaleźć jakikolwiek sens w tym zadaniu.
-  Hm. Jak dla mnie, koncepcja interakcyjna jest najodpowiedniejszą formą struktury. Jak myślisz? - uniosłam wzrok.
    Dziewczyna lekko drgnęła, po czym gwałtownie zamrugała, jakby coś jej wpadło do oka. Rozejrzała się po sali i spuściła wzrok na swoje dłonie.
    Nachyliłam się do niej, przedramiona opierając płasko na stole i splatając palce. Nie mogłyśmy pracować w takiej atmosferze. Wzięłam wdech. Teraz mogłam ją zniszczyć, albo okazać miłosierdzie. Wybór był prosty.
     Lecz nie zdążyłam się nawet odezwać. Emily gwałtownie odsunęła się na krześle i wstała. W jej oczach pojawiła się czysta furia. Całkiem inna osoba niż ta, która minuta wcześniej była gotowa mi przyznać, że Stephen King napisał "Pamiętnik księżniczki".
- To ty zabiłaś Avę Sable.- oznajmiła mocnym, stanowczym głosem.
    Na sali zapadła cisza.
- Pozwoliłaś Jasonowi zostać samemu. Pozwoliłaś Avie wsiąść do tego samochodu tylko po dlatego, że byłaś zbyt wielkim tchórzem, by wejść w to samej.
    Sala wypełniła się cichym szmerem odwracających się głów. Cała klasa otwarcie się na nas gapiła.  Wszyscy byli ciekawi, co przerywa im pracę nad charakterystyką grup społecznych. A ja potrafiłam tylko siedzieć z otwartymi ustami, próbując połączyć wątki.
- Co? - udało mi się wykrztusić. Jakim sposobem doszłyśmy do tego tematu?
- Byłam tam. W tym szpitalu. Widziałam was. Widziałam, jak uciekłaś z tym chłopakiem, Winchesterem.
    Napotkałam badawcze spojrzenie Jasona, pracują cego po drugiej stronie sali. Dzięki, J, za wsparcie. Dobrze wiedzieć, że zamiast mnie wybrałeś jakąś wariatkę. 
- Wszyscy wyszliśmy razem... - zaczęłam spokojnie, gdy już otrząsnęłam się z pierwszego szoku.
- Więc dlaczego Jason wrócił sam, twoim samochodem?
- Emily, skąd ci to wszystko przyszło do głowy?
    Dziewczyna mrugnęła i jej oczy zasnuły się lśniącą czernią. Na jej twarzy wykwitnął kpiący, przerażający uśmiech tak bardzo nie pasujący do słodkiej blondynki. Drgnęłam, jakbym dostała w twarz. Śnisz. To wszystko sen, Chiara. 
    Teraz to ona nachyliła się do mnie. Za wszelką cenę, jakimś nadludzkim wysiłkiem starałam się nie dać po sobie poznać, że poprzednia furia, a późniejsze opanowanie zniknęły bez śladu, zastąpione przez lęk. Jednak twardo patrzyłam w te czarne, puste ślepia.
- Jesteś obserwowana, Chiaro Perry. Na twoim miejscu miałabym się na baczności. On nie lubi, jak krzyżuje mu się plany.
- Jaki on? - z trudem powstrzymałam drżenie głosu. - Kim jesteś? 
- Wszystko w porządku, dziewczyny? - głos Jasona wbił się między nasz dialog. Nie! Nie teraz, Jason. Błagam, nie...
    Położył dłoń na ramieniu Emily. Ta uśmiechnęła się swoim normalnym uśmiechem i czarne oczy zniknęły. Odwróciła się do chłopaka. 
- Pewnie. Trochę się pokłóciłyśmy, ale chyba doszłyśmy do konsensusu, czyż nie? - puściła mi oczko. - Przepraszam. Muszę wyjść do toalety. 
    Gdy wyszła, poczułam autentyczną ulgę. Byłam wyczerpana. Oparłam głowę o blat. 
- Wszystko w porządku, C? - w głosie Jasona pobrzmiewała autentyczna troska.
    Nie miałam ochoty tłumaczyć mu tego, co czuję. W końcu zdał kolokwium z psychologii, prawda? Powinien to umieć.
-------------------------------------------
     Skoro powróciłam do żywych i ponownie pojawiłam się na scenie towarzyskiej Hunter College, nie mogłam z dnia na dzień ponownie zniknąć. 
    Może to i lepiej. Miałam więcej czasu , żeby się przygotować. O ile mogłoby mi to pomóc. Ava zawsze powtarzała jak ważne jest rozpoznanie terenu i rozsądne działanie. Zawsze przybierałam wtedy moją minę zirytowanej nastolatki, odbezpieczałam broń i szłam przed siebie, nadsłuchując gniewnego sapnięcia Avy i jej pospiesznych kroków, by chronić moje plecy. Zawsze zapomniałam oglądać się za siebie.
    Ale tym razem musiałam się przygotować. Pierwszy raz w życiu będę przywoływać anioła. Tym razem nie interesuje mnie ten ze skrzydłami, harfą i aureolą. Tym razem moje myśli wypełniał mężczyzna w beżowym trenczu.
    Dlatego spokojnie sobie egzystowałam, ograniczając interakcje ze społeczeństwem do minimum. Profesor Mason otoczył mnie swoistą opieką, zrzucając wszystko na karb ogromnej straty, co pozwoliło błądzić moim myślom bez przeszkód. Wystarczyło, bym zaliczała ćwiczenia. 
    Minęły dwa tygodnie i Hunter College pokrył się żałobną czernią, ogłaszając Avę Marie Sable martwą. Przeżyłam szok, gdy pewnego ranka weszłam do holu, jak zwykle rozglądając się po ścianach, i moja świadomość odnotowała czarny atłas na ramach obrazów, głośnikach, filarach, flagach i sztandarze uczelni. 
    Stałam na środku holu, studenci omijali mnie, podążając w tylko sobie znanym kierunku. Niektórzy rzucali mi spojrzenia pełne współczucia, inni nie poświęcali mi nawet takiej uwagi. A ja nie byłam zdolna do wykonania następnego ruchu. Bałam się. Miałam okropne deja vu.
    Gdy rozległ się pojedynczy gong, oznajmiający godzinę 9:00, korytarze powoli pustoszały. Zmusiłam się by postąpić krok naprzód. I następny. I jeszcze jeden. Powoli zmierzałam w stronę ściany pamięci, gdzie wieszano zdjęcia studentów. Ava była jedną z tych niewymuszenie lubianych studentek, którą każdy kojarzył.
    Jej zdjęcie wisiało na środku grupy naszej specjalizacji. I było obwieszone kwiatkami, notkami i misiami.
    "Richard Stewart był jedną z tych osób, które błyszczą zawsze i wszędzie. Niezależnie od sytuacji, pory i otoczenia. Był gwiazdą koszykówki w szkolnej drużynie i redaktorem szkolnej gazetki. Aspirował na dziennikarstwo, a sport był czymś, co go odprężało. Wielokrotnie był nominowany na przewodniczącego The Beacon School, lecz zawsze rezygnował ze stanowiska. Pochodził z dobrego, zamożnego domu, ale nawet nie był wyniosły ani agresywny. Był zwykłym, dobrym dzieciakiem, uczniem drugiej klasy.
    Dlatego nie rozumiałam, czemu zaczęliśmy się spotykać. Ja, sierota z Brooklynu, raczej zajęta ciułaniem pieniążków na własny samochód i ucieczką z sierocińca, niż rozglądaniem się za chłopcami. Wydaje mi się, że wszystko zaczęło się od mojej efektownej pomyłki.
    Cała szkoła żyła pierwszym meczem w sezonie. Uczniowie mieli szansę dostać zwolnienie z lekcji, pod warunkiem, że udadzą się na mecz, nigdzie indziej. Niespecjalnie interesowało mnie śledzenie rozgrywki, więc postanowiłam uciec. Ze słuchawkami w uszach próbowałam wydostać się ze szkoły, aż w końcu znalazłam podwójne drzwi. Przeszłam przez nie, wpatrując się w telefon i szukając najlepszego połączenia z Manhattanu do New Jersey, gdy zamiast upragnionego powiewu wiatru poczułam zastałe powietrze sali gimnastycznej. Uniosłam wzrok. Fala niebiesko-białych pomponów i innych wzorów kontrastowała z żółto-zielonymi barwami przeciwników. Gracze, fani, kibice, trenerzy wpatrywali się we mnie z zainteresowaniem. A ja wtedy odwróciłam się na pięcie i oznajmiłam, że pomyliłam wyjścia. To był mój pierwszy występek w tej szkole.
    Potem Richie nieustannie kręcił się wokół mnie. Byliśmy świetną parą, doskonale się uzupełnialiśmy. Kochałam go całym sercem, był moim jedynym przyjacielem. Poznaliśmy się na meczu koszykówki i tam też nasza miłość się zakończyła.
   Umarł na zawał na środku boiska, w ostatni mecz sezonu. Trzymałam go w ramionach, bezradna, zrozpaczona, samotna wśród tłumu. Nikt nic nie zrobił, gdy ich gwiazda wydawała ostatnie tchnienie. 
    Później w szkole zaczęły dziać się dziwne rzeczy. Szafka Richiego nieustannie się otwierała. Jego zdjęcie ciągle spadało, światła migały, przedmioty zmieniały miejsce. Elektronika w tablicy wyników szalała. Nie mogłam znieść współczujących spojrzeń. Uciekałam z lekcji. 
    Jednego razu przechodziłam obok szafki mojego chłopaka. Ołtarzyk, który uczniowie zorganizowali sami, rozkwitał. Zatrzymałam się przed nim, wpatrując się w nasze wspólne zdjęcie. Wtedy pojawił się on. Pełen kolorów, energii i złości. Jakimś cudem na korytarzu pojawiła się Ava, której wtedy nawet nie znałam. Odgoniła go torbą z żelaznymi ćwiekami. 
    A potem w moim życiu pojawił się Garth, pomagając nam odesłać ducha Richiego Stewarta w zaświaty."
    Czy tak samo będę musiała postąpić z ciałem Avy?, zastanawiałam się, obserwując ołtarzyk, tak niesamowicie podobny do tego sprzed lat.
    Odwróciłam się na pięcie. Nie mogłam tego odwlekać. Dzisiaj był właściwy czas, by to zrobić. Pchnęłam podwójne drzwi prowadzące na zatłoczoną ulicę i wypadłam między ludzi. Już nie miałam ochoty dłużej udawać poprawnych stosunków społecznych. Wymijałam ludzi, patrząc wprost przed siebie na trąbiące, żółte taksówki, biznesmenów wskakujących do lśniących wozów, matki, kurczowo trzymające swoje niesforne dzieci za rękę, by przypadkiem nie wpadły pod koła nieroztropnego kierowcy. Codzienny chaos, w którym żyłam, nijak miał się do furi, która kumulowała się we mnie, którą czułam, pulsującą jak świeża rana.  
    Wstąpiłam do dyskontu. Potrzebowałam błękitnych świec i szałwii. Dwa pozostałe składniki niezbędne do kadzidła już posiadałam. Na szczęście niewiele osób robi duże zakupy w czwartkowe popołudnia. Mogłam niemal bez przeszkód skupić się na swoich planach.
    Gdy tylko przekroczyłam próg mieszkania, odrzuciłam plecak na ziemię i zatrzasnęłam za sobą drzwi. Zrzuciłam kurtkę, zostając w białej koszulce i dżinsach. Podeszłam do okien, zasłaniając rolety i zostawiając pokój pogrążony w półmroku, zwinęłam dywan w rulon i przesunęłam szklany stolik sprzed telewizora na środek pokoju. Nakryłam go białym obrusem i ustawiłam zakupione świece w rzędzie. Szybko wymieszałam zioła w moździerzu i również zostawiłam je na stole.
    Przygryzłam wargę. Odwaga powoli ze mnie spływała. Związałam włosy w lekki kok i strzeliłam kostkami w karku, by dodać sobie animuszu. Usiadłam na podłodze i kolejno odpaliłam świece, recytując tekst znaleziony w księdze.
    Płomyki delikatnie zadrżały, jakby powiewały na wietrze. Kadzidło wybuchnęło płomieniem i teraz powoli się dopalało.
- Może coś pomyliłam...? - mruknęłam do siebie, zerkając na tekst w ręce. O ile pamiętałam, wszystko zrobiłam dobrze. A mimo to zaklęcie się nie udało. Pomimo znalezienia go w potwierdzonym źródle, okazało się niewypałem. Gniew ponownie we mnie zawrzał. Jason oczywiście miał rację. To wszystko jedna wielka bzdura.
    Uniosłam się, przewracając stół i zrzucając z niego wszystkie artefakty. Kopnęłam miseczkę z popiołami, rozsypując je po całym pokoju.
- To ty. - niski głos rozległ się w całym pokoju. Zamarłam. O rany. Udało mi się. Przywołałam anioła. Odwróciłam się, powoli, nieśpiesznie.
    Brunet w beżowym trenczu opierał się o kanapę, obserwując rozgardiasz panujący w mieszkaniu. Zmierzył zainteresowanym spojrzeniem wszystkie księgi, nieco nieufnym zerknął na laptopa i w końcu ponownie spojrzał na mnie.
- To było bardzo nierozsądne. - oznajmił.
- Tak sądzisz? Wydaje mi się, że teraz jesteś moją własnością. - odparłam z większym animuszem niż czułam. Uniósł brwi.
- Masz rację, wydaje ci się. Bo widzisz, to, czego użyłaś, to bzdura. Przybyłem, bo usłyszałem swoje imię i wielką desperację.
- W takim razie dobry z ciebie aniołek. A teraz odpowiedz mi na pytanie. Gdzie jest...
- Ava. - dokończył. - Nie wiem tego. Może powinnaś ją zapytać.
- Doskonale wiesz, że nie mogę. Twoje ogary ją uprowadziły!
- Posłuchaj mnie, głupia dziewczyno. Każdy inny anioł już dawno odesłałby cię w inny wymiar, zamiast znosić twoje humory. Anioły nie są od odpowiadania na pytania, na które już znasz odpowiedź. Przed nami kolejna Apokalipsa, a ty myślisz tylko o sobie.
- W zasadzie uwięziłam cię, więc...
    Castiel zrobił krok, a potem następny, wychodząc z narysowanych sigilów. Mój przerażony wzrok chyba go rozśmieszył.
- Chciałaś zatrzymać anioła z pomocą tego? Dobry Boże. - pokręcił głową. - Nie wiem, jakim sposobem chcesz przeżyć następne 24 godziny.
    Chwyciłam laptopa i zdzieliłam go w głowę. Upadł na ziemię bez świadomości, a tuż obok niego mój zepsuty komputer. Castiel już się nie śmiał. Złapałam się za głowę, uświadamiając sobie, co zrobiłam.
    Przecież on mnie zabije. Miałam nad sobą panować.