środa, 30 sierpnia 2017

Rozdział VIII.

     Przed oczami przemknęły mi obrazy minionego tygodnia. Żałosna postać na kanapie, bezczelnie nazywająca się moim imieniem. Ciało bez ducha egzystujące na zajęciach. Snujące się po sklepie, bibliotece, mieście lub własnym mieszkaniu. Zalała mnie wściekłość i wstyd. To nie była Chiara Perry.
    Chiara Perry nie myślałaby tylko o sobie i o swojej domniemanej samotności. Twarda, bezwzględna, prawdziwa łowczyni przetrząsnęłaby niebo i ziemię, by odnaleźć swoją przyjaciółkę. Spokojnie. Metodycznie. Bez żadnych scen i taryfy ulgowej. Chiara, upomniałam siebie stanowczo. Przestań być mięczakiem. Przestań grać. Bądź prawdziwą sobą. Tamte chwile załamania to było nic innego jak twoje alter ego primadonny, które na nikim nie robiło wrażenia. Skup się na robocie.
    Ostatni raz pociągnęłam nosem i uniosłam głowę, koncentrując wzrok na postaci, w której głosie zabrzmiało wcześniej tyle ironii. Zmrużyłam oczy.  Zmęczona twarz poorana była zmarszczkami i bruzdami charakterystycznymi dla kogoś, kto większość życia nie wylewał za kołnierz. Nawet niechlujna broda nie była w stanie tego zasłonić. Jasne oczy osadzone pod krzaczastymi brwiami bystro mnie sondowały, jakby ich właściciel zastanawiał się, czy rzucę mu się gardła. Pomimo tego, iż w źrenicach czaiła się inteligencja i ogrom przeżytych lat, czegoś w nich brakowało. Nie umiałam stwierdzić, czego konkretnie. Może zrozumienia?
    Uniosłam brwi, przybierając standardową, kpiącą pozę - w moim przypadku wystarczyło przechylić głowę na lewo i nieznacznie wysunąć brodę.
- Hej. Nieładnie tak śledzić ludzi.  
    Riposta może nie była najwyższych lotów, a mężczyzna wcale nie wyglądał na zbitego z tropu, ale zdziwienie zawitało na jego twarzy. Raczej nie codziennie pyskuje mu taka małolata jak ja.
- Ty... Widzisz mnie? - uniósł krzaczaste brwi.
- Oczywiście. Stoisz dwie stopy ode mnie.
    Zerknęłam przez ramię, słysząc zbliżające się zamaszyste kroki. Jeszcze chwila i Garth wciągnie mnie w kolejną maskaradę. Odwróciłam się do mojego rozmówcy. 
- A tak w ogóle, to kim ty jesteś? - rzuciłam pytanie prosto w powietrze. Gość zniknął. Na wszelki wypadek rozejrzałam się po korytarzu, ale oprócz pustki nie było nikogo. - Okej. Wcale nie dziwne. 
   Uświadomiłam sobie, że w mgnieniu oka wyszłam z letargu, w którym trwałam miniony tydzień. Zrozumiałam, jak bardzo pozwoliłam sobie na dramatyzowanie. Poprawiłam w zamyśleniu luźne kosmyki włosów, które wymknęły się z koka, gdy skrzypnięcie podwójnych drzwi zaanonsowało nadejście Fitzgeralda.
- Oh, Chiara. - Garth zwolnił, jakby zaskoczony moją obecnością na korytarzu, co więcej, na tej akcji. Po chwili jednak coś w nim zatrybiło i uśmiechnął się, podejmując krok. - Jedziemy do browaru.
    Szybko do niego dołączyłam.
- Do tego, co nazywa się jak prostytutka?
- Właśnie tak. Ojciec zamordowanych jest właś... - spojrzał na mnie z niemym pytaniem w oczach. W głębi duszy zamarłam. Brawo, Chiara. Taki z ciebie świetny kłamca.
- Jest właścicielem. - dokończyłam za niego. - Asystent mi powiedział.
    Garth milczał, nawet gdy wyszliśmy na jasny dziedziniec. Nasunął pilotki na oczy, choć słońce nie świeciło mocno. Nie byłam nawet pewna, czy blask słońca dociera do tego miasteczka. Zerknęłam na przyjaciela, ale ten bez słowa skierował się do swojego Forda Ranchero bez "F" w napisie. Wsiadł do samochodu i zrzucił czapkę, przeczesując włosy. Chwilę mu zajęło, zanim zdecydował się otworzyć mi drzwi od strony pasażera. Zajęłam miejsce.
- Co to ma być? - rzuciłam. Garth zdjął okulary i odłożył je do schowka, starannie unikając mojego spojrzenia.- Garth!
- Chyba będzie lepiej, jeżeli do browaru pojadę sam.
- Sam? A co ja mam niby robić?
- Może poszukaj czegoś więcej o tej Jenny?
- Dlaczego odsuwasz mnie od sprawy?
    Taktownie przemilczał fakt mojej niebywałej bystrości.
- Pracuje nad nią już zbyt wielu łowców, Chiaro.
 - Pragnę ci przypomnieć, że każdego z nich sam zaprosiłeś do współpracy. - gdy mężczyzna nic nie odpowiedział, podjęłam monolog. - Zresztą przypomnę ci również, że nadal ich nie poznałam. 
- Poznasz ich. Ale później, okej? Po prostu mam wrażenie, że wasze poznanie się może mieć znaczący wpływ na sprawę. Lepiej poznać ich w spokoju.
    Wbiłam wzrok przed siebie i przygryzłam wargę, starając się o łzy. Nie powinnam nim manipulować, ale to silniejsze ode mnie...
- Mam wrażenie, że nawet jeszcze nie przyjechali, a mnie uważasz za zbyt niedojrzałą, by zaangażować w śledztwo. 
- Chiara, to nie tak...
- W czym ten cały De... "Demoniczna sprawa" jest lepszy ode mnie, hm?
    Uff. Ledwo ugryzłam się w język. Tak łatwo było się wydać, gdy imię tego cholernego łowcy cały czas kołatało mi się po głowie. Czas wrócić do szczytu swoich możliwości, Chiaro, bo ostatnio nieco się opuściłaś. 
- Oboje jesteście świetnymi łowcami, choć na swój sposób. Najlepiej będzie, jak spotkamy się wieczorem. Ja sprawdzę browar, a ty...
- Pewnie. Super. - odwróciłam głowę do okna. Garth westchnął ciężko, a potem odpalił silnik. Tę rundę przegrałam. Fitzgerald nie był uparty, lecz zwyczajnie zdecydowany, a przy tym niezwykle wrażliwy. Niemalże gryzły mnie wyrzuty sumienia. Niemalże.
    W pełnym świetle dnia motel nie wyglądał bardziej zachęcająco niż nad ranem, co tylko pogorszyło mój humor. Czym prędzej wyskoczyłam z forda i z udawaną złością i niezdarnością próbowałam się dostać do pokoju. Garth stanął za mną i wyjął mi klucze z dłoni, by bezbłędnie trafić do dziurki. Uniosłam na niego wzrok.
- Miałeś rację, G. Potrzebujesz kogoś, kto cię nie zawiedzie. W porządku. - oznajmiłam smutnym głosem, po czym pchnęłam drzwi. Wyjęłam fałszywą odznakę z kieszeni i rzuciłam ją na stół. To samo zrobiłam z telefonem i moim visem. Potem zaczęłam się powoli rozbierać ze stroju federalnej. Łowca odwrócił z westchnieniem wzrok, samemu rozpinając piaskowy mundur. Wskoczyłam w krótkie spodenki i rozpuściłam włosy, by układały się w swobodne fale, a później rzuciłam się na łóżko, przyciągając do siebie laptopa. Całe szczęście, że do znokautowania Castiela użyłam własności Avy, bo nie lubiłam pracować na cudzym sprzęcie.
    Castiel. Wspomnienie jego spojrzenia, władczo skierowanego wzdłuż linii prostego nosa sprawiało, że coś przewracało mi się w żołądku.
- Wychodzę. Postaram się nie wrócić późno. - Fitzgerald już stał z ręką na klamce, gdy coś go tchnęło, by na mnie spojrzeć. - Czy ty się zarumieniłaś?
- Nie! - sturlałam się z łóżka i szybkim krokiem przemierzyłam pokój, by znaleźć moje słuchawki. Garth pokręcił głową.
- Nie chcę wiedzieć, co będziesz oglądać. Jakby coś się stało, dzwoń.
- Prędzej umrę. - mruknęłam, gdy drzwi się za nim zamykały. Przede mną kilka godzin nicnierobienia, o ile Garth nie wpakuje się w jakieś kłopoty. Ale przy tych turbołowcach chyba nic mu nie grozi, hm?
    Puste jacuzzi, z zewnątrz obłożone kamieniami kusząco przyciągało wzrok. Przygryzłam dolną wargę. Powinnam rozwikłać tę sprawę. Może wtedy mogłabym ją dopisać do moich zwycięstw w rankingu. Na razie górowała w nim Ava, ale rychło miało się to zmienić.
    Po kilku minutach zaległam w dużej wannie z puszką zimnej coli i trzecim sezonem Sherlocka. Dzięki odpowiednim bożkom, że stać nas na pokój z kablówką. Skoro miałam zasiąść do umysłowej roboty, musiałam skorzystać ze wszystkich dostępnych źródeł motywacji. Nie ma lepszej, niż Benedict Cumberbatch.
    Niestety, bardzo szybko uświadomiłam sobie, że nie skupiam się na perypetiach detektywa, a na idealnej twarzy zgorzkniałego łowcy. Nie od dziś wiedziałam, że Garth zna Winchesterów. Jak mogłam nie skojarzyć faktów? Skoro byli tak dobrzy, jak twierdził Fitzgerald (a chyba byli, skoro przerwali Apokalipsę) to jakim sposobem nie pomyślałam, że to ich poprosi o pomoc, gdy sprawa wyda się beznadziejna? Gdy nawet odesłanie ducha w zaświaty nie pomaga? 
    Chyba że w grę naprawdę wchodzi drugi duch. Ofiary były spokrewnione. Co więcej, były braćmi. Może to jakaś klątwa, rzucona na rodzinę McAnn? 
    Gwałtownie uniosłam się z gorących bąbelków i boso wyszłam na nagą posadzkę, nie zważając na krople moczące podłogę. Szybko przedreptałam do łóżka, na którym zostawiłam laptopa. Nie kłopocząc się owijaniem w ręcznik, uklękłam i wpisałam w przeglądarkę nazwisko felernej rodziny. Jeżeli mamy do czynienia z klątwą, to prawdopodobnie reszta klanu jest także zagrożona. Pytanie tylko, ile istnień mamy do ocalenia. 
    Gdy zobaczyłam zdjęcie głowy Thighslapper Ale, Jima wraz z rodziną, niemal machinalnie sięgnęłam po telefon. Mieliśmy do ocalenia jeszcze trzy życia. 
- Garth. - wykrztusiłam do słuchawki, gdy tylko usłyszałam piknięcie. Oczyściłam głos. - Rodzina McAnn jest przeklęta. Musisz znaleźć córkę właściciela. Słyszysz mnie? 
    Odsunęłam telefon od ucha i zaklęłam głośno, widząc odrzucone połączenie. Co on sobie myśli?!
    Z prędkością błyskawicy wcisnęłam się w dżinsy i koszulkę kolejnego zespołu, a także wysokie buty i wybiegłam z pokoju, zgarniając po drodze kluczyki od auta, broń, dokumenty i koszulę w kratę. Zmierzchało, a ja nie zamierzałam marznąć. 
    Johnny czasem mnie zawodził, ale tym razem bez sprzeczki ruszył z parkingu, połykając mile dzielące nas od browaru. Zerkałam na prędkościomierz, mając nadzieję, że zdążę. 
    Właśnie wjeżdżałam na podjazd Thighslapper Ale, gdy rozdzwoniła się moja druga komórka, której używałam podczas śledztw. Zacisnęłam powieki. Za późno. 
- Herondale. - odebrałam, dbając o to, by głos mi nie drżał.
- Mamy kolejny zgon, agentko Herondale. Lillian McAnn.
    Przełknęłam ślinę, zaciskając dłoń na kierownicy.
- Dziękuję. Będę za chwilę.
    Rzuciłam telefon na siedzenie obok i zacisnęłam dłonie na skroniach. Muszę działać szybko. I to będzie moja sprawa.
                                                                            * * *
    Uraz był ten sam. Podejrzewałam ten sam mechanizm zdarzenia. Sama klątwa, nawet Worek Złego Uroku tak nie działa. To musiał być duch. Duch, który rozszarpywał brzuchy swoich ofiar jak rozpruwa się rybę przed patroszeniem. Nie mogłam się otrząsnąć, nawet gdy mknęłam ciemną drogą, przy cichym akompaniamencie Harry'ego Stylesa. Wyjątkowo mnie wyciszał.
    Gdy dojechałam przed motel, pozwoliłam sobie na jeszcze dwie minuty kontemplacji przy zgaszonym silniku. Czas wyłączyć uczucia na 100%. Czas wejść w rolę.
    Jakiś stary gruchot stał zaparkowany tuż za brązowym fordem Gartha. Spodziewałam się tego. Sięgnęłam po eko siatki z jedzeniem z chińczyka i piwem z browaru Jima, które kupiłam po drodze. Uśpić ich czujność. A potem zaatakować. Chiara. To twój wielki czas. Czy jesteś na tyle dobrą aktorką, by owinąć sobie Winchesterów wokół palca?
    Pchnęłam drzwi, jak zwykle przy Garthie otwarte. Nie mam pojęcia, jakim sposobem przeżył tyle lat. Siedział przy ladzie, naprawiając swój czytnik EMF. Może i nauczył mnie, jak takowy zbudować, ale niestety sam nie umiał swojego obsługiwać. Sam Winchester siedział przy stoliku tuż przy wejściu, przeglądając internet. Jego brat właśnie wstał z kanapy, sięgając po starą, obdartą piersiówkę i wyglądało to raczej na odruch, niż świadome działanie. Na jego twarzy widoczne było to samo znudzenie i irytacja, a w oczach ogromna pewność siebie, którą widziałam za każdym razem. To chyba jego naturalna mina. Teraz wszyscy patrzyli na mnie, przybysza, który wtargnął w ich męską strefę poszukiwań.
    Z rozczarowaniem skonstatowałam, że w pomieszczeniu nie ma Avy. Coś głęboko w mojej duszy pękło. Ale nie pozwoliłam sobie okazać rozczarowania. Nie teraz.
- Joł. - rzuciłam, odkładając torby na stół koło laptopa Sama. - Chińczyk i piwo.
   Nieśpiesznie wyjęłam cztery butelki i włożyłam je do lodówki. Winchestrowie patrzyli na mnie oniemiali. Sam nawet nie zdążył wstać. Za to ręka Deana nieuchronnie, powoli sięgała za pasek, gdzie powinien mieć schowaną broń. Ale byłam pewna, że jej tam nie ma. Na pewno odłożył ją, by wygodniej mu się pracowało.
- Przy okazji, jestem Chiara. Chiara Perry. - posłałam mu uśmiech przez ramię.- Już się spotkaliśmy, Dean. Nie musisz mnie sprawdzać.
    Ręka się zatrzymała. Teraz mierzył mnie tylko spojrzeniem.
- Gdzie byłaś, Chiaro? Martwiłem się! - Garth odłożył zepsuty czytnik i spojrzał na mnie z wyrzutem. Wzruszyłam ramionami.
- Nudziło mi się tutaj. Pomyślałam, że wyskoczę po jedzenie, bo możecie wrócić głodni. Nie mówcie, że nie.
     Dean podszedł do okna i nieznacznie odsunął zasłonę, wyglądając na parking. Mój Johnny stał zaparkowany idealnie w świetle latarni.
- To jest twój samochód? - zapytał.
    Skinęłam głową, po czym oparłam się plecami o ladę, zakładając ramiona na piersi i czekając na reakcję. Miałam świadomość, że moje nogi wyglądają w tych butach wyjątkowo zgrabnie. Starszy Winchester widocznie toczył ze sobą jakąś wewnętrzną walkę, jakby nie wiedział, jak się do mnie odnieść. Opuścił zasłonę na miejsce i rzucił bratu nieprzeniknione spojrzenie, które nieco zbiło mnie z tropu. Wyglądało na to, że w ogóle mnie nie poznali.
- Tutaj jest napisane, że Dale był nie tylko partnerem, ale prawdziwym mistrzem piwowarstwa. Prawie geniusz. - wtrącił Sam bez związku, ale to wystarczyło, by Dean wrócił do swojej zwykłej maniery.
- Dobra, dość tego. Nie uwierzę, póki nie spróbuję, bo żaden minibrowar nie jest wart ośmiu nagród Food Magazine - pewnym krokiem przemierzył pokój w stronę lodówki, odkładając piersiówkę koło Gartha, który nadal kręcił coś w czytniku. Kontrolki zapaliły się na czerwono, a samo urządzonko zaczęło piszczeć. Garth zmarszczył brwi, a potem stuknął kilkakrotnie w sprzęt. - Piwo to nie żarcie. To... coś jak woda.
    Rozdał piwo Samowi i Garthowi i stanął koło mnie, wręczając mi butelkę. Był ode mnie wyższy przynajmniej o stopę. I pachniał ogniem, miodem i burzą. Ostre kości policzkowe i linia żuchwy przyciągały wzrok. Czułam na sobie jego spojrzenie od czasu do czasu, więc powstrzymywałam się od patrzenia. Dean uniósł butelkę do ust.
   Również upiłam łyk piwa, cudem powstrzymując kaszlnięcie. Było mocne jak cholera. Łzy stanęły mi w oczach, gdy próbowałam udawać, że napój wcale nie wypala mi przełyku.
- Wow. To rzeczywiście zajebiste. Nawet złość mi przeszła. - mruknął Dean. Odwróciłam się, zakrywając usta rękawem. Rany, chyba umrę.
    Garth opróżnił swoją butelkę jednym tchem.
-  Wow. Zabawa trwa, Garth.
- Raczej nie pijam piwa. Zaburza moje postrzeganie głębi. - beknął cicho. Otarłam łzy. - Zwłaszcza, gdy myślę na golasa. - parsknęłabym śmiechem, ale głos uwiązł mi w spuchniętym gardle. Nienawidzę alkoholu. - Hej, opowiedzieć wam dowcip?
    Sam próbował powrócić do sprawy, ale nasza uwaga była skierowana na Gartha. Śmiał się sam do siebie, czkając cicho. Znałam go wystarczająco długo, by pojąć, że łowca się upił.
- Hej, dostanę jeszcze trochę Thighslappera? - zapytał Fitzgerald.
- Dla ciebie już tylko kawa, Tara Reid.. - odparłam równocześnie z Deanem, a potem zaniosłam się długo powstrzymywanym kaszlem. Chłopak spojrzał na mnie z uniesioną brwią.
- Wszystko w porządku? - zaniepokoił się Sam.
- Nie... jest... w porządku... - wychrypiałam. Podszedł do mnie i kucnął, kładąc mi jedną rękę na plecach i badawczo obserwując moją czerwieniejącą twarz.
- Mam nadzieję, że tu nie umrzesz. Szkoda palić koszulkę Zeppelinów, bo wolałbym cię nie rozbierać. - oznajmił Dean grobowym głosem.
- Hej, ona jest nieletnia! - wtrącił Garth. Mina Sama, wyrażająca szok i oburzenie natychmiast przywróciła mi oddech, gdy zaniosłam się śmiechem.
    Przerwał mi zgrzyt radiotelefonu i głos z policyjnej centrali.
- Wezwanie do rezydencji McAnna. Washburn 698.
- Rezydencja McAnna w sensie Jima McAnna? - Sam uniósł się z kucek.
- Dla ich dobra miejmy nadzieję, że duch nie wyniósł się z lasu. - Garth momentalnie otrzeźwiał. - Chiaro, miałaś szukać jakichś informacji na ten temat. Znalazłaś coś?
    Wszystkie spojrzenia skierowały się na mnie. Yass, Chiara Perry w centrum uwagi, tak jak chciałam. Wyprostowałam się i otarłam łzy z oczu.
- W zasadzie... to tak. W sumie już tam byłam. Dostałam cynk wcześniej. Nie żyje Lillian, córka właściciela. Ta sama dziura w brzuchu.- wzruszyłam ramionami. - Wygląda na to, że wspólnym czynnikiem jest nazwisko. Klątwa?
    Winchesterowie wymienili spojrzenia. Garth wstał od stołu.
- Okej. Trzeba to sprawdzić.
- Wy jedźcie. Ja pojadę do wdowy. - zaproponował Sam.
- Jadę z tobą! - podjęłam się. Garth zmarszczył brwi.
- Ty i rozmowa z załamaną kobietą?
- Ja i rozmowa z przerażonym dzieckiem? W życiu nie. Zresztą, nie chcesz mnie tu chyba znowu zostawić, co?
    Spojrzenie Deana jasno mówiło, że chętnie by na to przystał. Sam wydawał się rozbawiony rodzącą się sytuacją. Posłałam Deanowi szeroki uśmiech i klepnęłam go w ramię, wymijając go w kierunku jego brata.
- Spokojnie. Garth świetnie radzi sobie z dziećmi.
    Byłam ciekawa, czy użyje swojej sekretnej broni. Aż szkoda, że mnie tam nie będzie.
                                                                              * * * 
     Kobieta postawiła przed nami tacę z herbatą i ciasteczkami, chociaż żadne z nas nie prosiło. Jednak posłusznie sięgnęłam po ten z największą ilością czekolady i ugryzłam nieufnie. Rozumiałam, że nagle owdowiała kobieta potrzebuje jakiegoś celu. Choćby było to zaparzenie herbaty.
   Uniosłam brwi ze zdziwieniem, gdy ciasteczka okazały się wyśmienite. Oczy pani Lampert zabłysły wśród łez szczerą radością.
- Ulubione słodycze Dale'a. - odezwała się cicho. 
    Zerknęłam na Sama, szukając wsparcia. Wykonałam pierwszy krok. Niech i on się wykaże. 
- Więc... pani mąż dużo podróżował, tak? - odezwał się. Odwróciłam wzrok, tłumiąc rozbawienie. Proszę państwa, przedstawiam wam Sama Winchestera, człowieka, który zabija demony siłą umysłu, ale nie umie sensownie zacząć rozmowy z kobietą.
- Tak. Przeczesywał egzotyczne kraje w poszukiwaniu najlepszych składników.
    Pokój dzienny, w którym zostaliśmy przyjęci, był pełen szkatułek, butelek najprzeróżniejszego alkoholu i zdjęć. Rozglądałam się po nim, z przyjemnością pochłaniając czekoladowe ciasteczka. Jedna ściana była cała obwieszona zdjęciami mężczyzny w różnych etapach życia, ale zawsze z uśmiechem na twarzy i jednym ze swoich trofeów w dłoniach.
- Miałem okazję spróbować jego wyników... Było... było świetne. - Sam pokręcił głową, przypominając sobie smak piwa, w którym prawie się utopiłam. Ugryzłam ciasteczko, powstrzymując się od komentarza. - Słyszałem, że nie jest pani w najlepszych stosunkach z dawnymi partnerami Dale'a.
    Pozwoliłam myślom błądzić, podczas gdy Winchester prowadził śledztwo. Strzepnęłam okruchy z powycieranych dżinsów i sięgnęłam po herbatę. Jeżeli pani Lampert choć w połowie była tak dobra w parzeniu herbaty, jak jej mąż w warzeniu piwa, to nie mogłam sobie odmówić.
    Ostry ton w głosie Sama sprowadził mnie na ziemię.
- Czarne pudełko z inskrypcją?
- Tak, dokładnie. Nigdy nie pozwalał mi go dotykać.
    Brązowe spojrzenie Samuela upewniło mnie, że się nie myliłam. Klątwa jak nic.
- Dziękujemy, pani Lampert. Będziemy w kontakcie.
    Pośpiesznie dopiłam przepyszny napój, ryzykując poparzenie języka i podniosłam się z kanapy śladem Winchestera.
- Powodzenia, pani Lampert. - skinęłam głową i opuściłam dom, pozostawiając oniemiałą kobietę samotnie. 
    Sam rozmawiał przez telefon. Wyjęłam z kieszeni kluczyki od samochodu i zakręciłam nimi na palcu, a potem sama sięgnęłam po komórkę. Hej, jestem cała. Ja i Garth polujemy na coś w Kansas. Wrócę przed końcem tygodnia, napisałam szybko, a potem skasowałam wiadomość. Skoro Jason nie dzwoni, to znaczy, że go to nie interesuje. A ja miałam na głowie ważniejsze rzeczy, niż jego dąsy.
- Hej. Jedziemy? - zapytał Sam. Wsunęłam telefon do kieszeni i wróciłam się do chłopaka, a na jego twarzy zabłysnął nieśmiały uśmiech.
- Pewnie. - poprawiłam koszulę, która zsunęła mi się z ramienia i podeszłam do samochodu. Chłopak stał już przy drzwiach od samochodu pasażera, ale nie wsiadał. - Wszystko w porządku?
- W zasadzie zastanawiałem się... Czy mogę prowadzić?
    Uniosłam brwi, konsultując się wzrokowo z Johnny'm. Nie wyglądał, jakby miał coś przeciwko męskiej ręce. Wzruszyłam ramionami i rzuciłam kluczyki Samowi ponad samochodem. Uśmiech na jego twarzy był bezcenny, gdy zamienialiśmy się miejscami.
- Chyba nie prowadzisz za często, hm?
- Impala jest Deana. - odparł, a ja nie musiałam dopytywać. Doskonale rozumiałam. Włączyłam radio i ciszę wypełniło Home Sweet Alabama. Winchester uniósł brew i posłał mi pytające spojrzenie. Wzruszyłam ramionami i zwiększyłam głośność, a potem uchyliłam okno, opierając się o drzwi. Sam westchnął i wycofał z podjazdu.
    Po kilkunastu milach, wobec przedłużającej się ciszy między nami, postanowił przemówić, przerywając mi kontemplację muzyki i widoków nocy.
- Jedziemy do browaru, spotkamy się tam z Deanem i Garthem. Podobno dowiedzieli się czegoś od tej małej. - zerknął na mnie, sprawdzając, jakie wrażenie wywarły na mnie jego słowa. Żadnego. Odchrząknął i poprawił się w fotelu. - Tak w ogóle, jestem Sam.
- Uhm. Chiara.
- Dlaczego zostałaś łowczynią?
- Bo po socjologii nie ma pracy. - odparłam machinalnie, powtarzając stary żart humanistów.
- Co? - zakłopotanie Sama było wyczuwalne na milę. Posłałam mu uśmiech. Był taki uroczy.
- Żartuję. Zostałam łowczynią, gdy mój chłopak został mściwym duchem i próbował mi przygnieść głowę szafką. - wyjrzałam przez okno. - A ty?
    Sam zerknął we wsteczne lusterko i włączył lewy kierunkowskaz, kierując samochód na parking browaru. Wpatrywałam się w jego profil. Dotychczas pogodna twarz wyostrzała się, mężniała, poważniała, jakby myśli chłopaka mknęły ku wydarzeniom przeszłości.
- Tym się zajmuję od zawsze. - odparł, gdy światła oświetliły mroczną, szczupłą sylwetkę Deana opartego o stary, rozklekotany samochód. Skórzana kurtka i skrzyżowane na piersi ramiona dodawały mu zadziorności. - Ratowanie ludzi... - zaparkował tuż koło Impali. - Polowanie na różne rzeczy... - zaciągnął ręczny i przekręcił kluczyk, wyciągając go. - To rodzinny biznes. - podał mi kluczyki. Złapałam go w powietrzu, marszcząc brwi.
- A Dean? Jest starszy od ciebie, prawda? Jak on w to wszedł?
- Dean nigdy z tego nie wyszedł. Powinnaś sama go o to zapytać.
- Pytaj, a potem weź się do roboty. O co chodzi?
    Podskoczyłam, gdy zobaczyłam twarz Deana zaledwie centymetry ode mnie. Opierał się o uchylone okno, zaglądając do środka. Na twarzy o ostrych rysach malowało się wyczekiwanie i zniecierpliwienie, a także coś, czego nie umiałam zinterpretować. Zacisnęłam palce wokół breloczka. Starszy Winchester posłał bratu pytające spojrzenie. Ten pokręcił głową, jakby mówił, że nic z niego nie wyciągnie. Dean przewrócił oczami i odsunął się od drzwi.
- Ja i Sam wchodzimy do środka po butelkę. Garth pilnuje wejścia, a ty, mała - Gartha. Wszystko jasne?
    Wysiadłam z samochodu i zatrzasnęłam drzwi. Parking był pusty, nie licząc nas i naszych pojazdów. Odrzuciłam grzywkę na bok i przybrałam na twarz najbardziej profesjonalny uśmiech socjologa, na jaki mnie było stać. Mój firmowy grymas, zapewniający mi zaliczenia na ćwiczeniach.
-  Pozwól, że nieco skoryguję twój super plan. Ja i ty wchodzimy do środka po butelkę. Garth i Sam nas ubezpieczają. Wszyscy wychodzimy razem, z sukcesem i szczęśliwi, a nikt nie musi zabezpieczać wejścia, bo wiesz co? Jest środek, kurczę, nocy. Wszystko jasne?
    Sam parsknął śmiechem i natychmiast ukrył twarz w rękawie. Garth wyjrzał z miejsca pasażera w Impali.
- Mnie to wszystko jedno, Chiara. To tylko butelka, a nie duch.
- Nie mam zamiaru rozglądać się za duchem i dzieciakiem jednocześnie, mała. - Dean najwidoczniej był mistrzem w kpiącej minie, bo znów mnie nią zaszczycił. Rany, ależ on był diabelnie przystojny.
- Dzięki, umiem o siebie zadbać.
- Tak, właśnie pamiętam. Przypomnij mi, proszę, kto zabił tamto wendigo? - przechylił głowę na bok, ściągając usta. Chociaż był zupełnie nie w moim typie, miałam ochotę przejechać palcami po jego żuchwie. Wcisnęłam ręce do kieszeni, żeby mnie nie kusiło i zakołysałam się na stopach.
- No w zasadzie to Sam.
- Co? Ja? Kiedy? - Sam zmarszczył brwi. Wyglądał, jakby nie za bardzo łączył wątki. Fitgzerald wysiadł z samochodu i podszedł do nas, powiększając trójkąt o wierzchołek. Staliśmy naprzeciw siebie jak bokserzy na ringu. - A, no tak, w Blackwater Bridge. To było lata temu!
- Tamtego też zabiłem ja, Sammy. - Dean zacisnął powieki o nienaturalnie długich rzęsach. - Serio, Sam? Październik, Kolorado? Psychiatryk wyssał ci mózg? Nic nie pamiętasz?
- Masz na myśli polowanie na wendigo? To było dziwne, bo spotkaliśmy ich chyba ze trzy w ciągu tygodnia...
- Ta, przy Eve te wszystkie paskudztwa powyłaziły z nor... Ghule, wampiry, skinwalkerzy... - jego twarz wykrzywił paskudny uśmiech. - Demony. Hej, pamiętasz Jeffersona Starshipa?
- Pamiętam. - Sam potarł brew. - To było wtedy, kiedy śledziliśmy te dwie dziewczyny? Siedzieliśmy w krzakach chyba pół nocy, żeby ich nie nastraszyć i zobaczyć, co zrobią. Cały czas mówiłeś o tej czerwonej szmince... - uśmiechnął się i spojrzał na mnie. - Śledziliśmy dwie dziewczyny, bo non stop wyprzedzały nas w śledztwie. Dopiero tego dnia wieczorem udało nam się je zlokalizować, a one poszły na polowanie... Było zimno i ciemno, a on w kółko mówił o czerwonej szmince, ale takiej krwistej, którą miała jedna z nich. A jak już usłyszeliśmy wendigo i mieliśmy wyjść z własnego kręgu, to one grały na kciuki... - pokręcił głową, widząc moje niedowierzanie na twarzy. - To naprawdę było odważne, jedna z nich po prostu oznajmiła, że staje się przynętą i... wyszła. Jak one miały na imię, Dean?
    Starszy Winchester wyglądał, jakby analizował właśnie swoje drzewo genealogiczne, by znaleźć lukę w pokrewieństwie z Samem. Nie odpowiedział, bo zaciśnięte usta i drgający mięsień na policzku mówiły same za siebie. Garth stał z rozchylonymi ustami i pytającym spojrzeniem. Skinęłam mu głową.
- Ava! Ava i Clara, to były takie niecodzienne imiona. Nie, Chiara, tak to było. Dean nie mógł się nadziwić, że takie imiona funkcjonują. - Sam raz jeszcze wyszczerzył zęby do wspomnień, a potem powiódł po nas spojrzeniem. Dean pocierał ręką czoło. - Były chyba w podobnym wieku, co Chiara, Dean. Powinna pójść z nami. - oznajmił i drgnął. Spojrzał na mnie, a potem ponownie na brata. Ten wbił w niego swoje zielone spojrzenie i rozchylił usta w grymasie totalnego niedowierzania i ubolewania.
- Serio, Sam? Nie skojarzyłeś od razu, że szuka Avy? - zwrócił się do mnie, kierując w moją stronę pistolet z palców. - Dlatego nigdzie ze mną nie pójdziesz, mała. Nie zamierzam skończyć z kulką w potylicy, bo nie udzielę ci informacji o twojej małej przyjaciółce. Skończyliśmy? Weźmy się do roboty, zanim ktoś następny umrze.
    Odwrócił się na pięcie i podszedł do drzwi, wyciągając z kieszeni wytrych. Sam wpatrywał się we mnie; w nikłym świetle lampy jego brązowe oczy wyrażały szok i ból.
- Nie wiedziałem, Chiara... naprawdę... - wyszeptał. Zamarłam, słysząc ten ton pełen żalu.
- Idziesz, Sam? - warknął Dean, stojąc w otwartych drzwiach. Chłopak zawahał się, jakby chciał coś jeszcze dodać, ale ostatecznie posłusznie ruszył w kierunku brata. Po chwili obaj zniknęli w budynku.
- Czy chcę wiedzieć, o co chodzi? - zapytał cicho Garth.
- Nie chcesz. - ledwo mnie było słychać. - Ale powinieneś.
                                                                               * * *
    Zdążyłam opowiedzieć mu całą historię, począwszy od wendigo, przez projekt, aż do teraz, a Winchesterowie nadal nie wyszli. Lekko ucisnęłam nasadę nosa, by przywrócić ostrość widzenia i zerknęłam na parking. Trzy samochody stały nieruchomo, czekając na jeden ruch nadgarstka.
- Ale nie jestem tutaj, by szukać zemsty, przecież wiesz. Nie jestem taka.
- Wiem, Chiaro. Ale Winchesterowie też nie porywają ludzi ot tak.
    Pokręciłam głową i natychmiast rozjaśniło mi się w głowie.
- Garth. Ktoś wszedł do browaru.
- Kiedy?!
- Nie mam pojęcia.
    Szybko i cicho otworzyłam drzwi, wyciągając visa zza paska spodni. Niemal bezszelestnie podeszłam do wejścia, z Garthem depczącym mi po piętach. Na migi dałam mu znak, że wchodzę pierwsza.
    Browar skąpany w cieniu był przerażający i fascynujący jednocześnie. Stal lśniła pojedynczymi refleksami, gdy padały na nią snopy światła z zewnątrz. Ogromne beczki piwa wypełniały całą halę, którą mijaliśmy, gdy szliśmy w kierunku biur.
- Co, do diabła...?! - gdzieś z przodu usłyszeliśmy obcy głos. Zerknęłam na Gartha, przyśpieszając. Wpadliśmy za zakręt, skąd dobiegał nas głos Sama, próbującego wybrnąć z sytuacji.
    W drzwiach jednego z gabinetów stał postawny mężczyzna, wystukujący numer na komórce. Ponad jego ramieniem widziałam zaskoczone twarze chłopców, gorączkowo próbujących coś wymyślić. Uniosłam pistolet...
    Garth wyprzedził mnie w ostatniej chwili, wyciągając rękę i naciskając spust. Mężczyzna drgnął, wydając okrzyk bólu i upadł na ziemię. Telefon wypadł z bezwładnej ręki.
- 911, słucham? Potrzebuje pan pomocy?
   Przekroczyłam nieprzytomnego i nacisnęłam czerwoną słuchawkę na starym telefonie. Przyjrzałam się panu Baxterowi, współwłaścicielowi browaru, leżącemu na ziemi.
- Sparaliżowałeś go? - zapytałam z wyrzutem, unosząc wzrok na przyjaciela.
- Na litość boską, chciałaś go zastrzelić!
- Nie zastrzelić, tylko postrzelić. To różnica. Groził przecież twoim przebojowym łowcom, tak niezwyciężonym. - uniosłam się z kucek, rzucając spojrzenie Winchesterom. Siedzieli za biurkiem z wyrazem ogłupienia na twarzach. Zmrużyłam oczy.
- Czy wy... - odnotowałam puste butelki stojące naokoło otwartego laptopa. - Czy wy jesteście pijani?
- Tylko tak można zobaczyć ducha. - Dean czknął cicho. Przewróciłam oczami.
- Czego się dowiedzieliście?
- Mamy ducha.
- Świetnie. Kto to jest?
- Tego nie wiemy. Pewnie jest to napisane o tutaj, na tym cacku... - Dean wskazał na czarne pudełko z białą twarzą i inskrypcjami w języku japońskim. Podeszłam do nich. Chłopak odchylił się niedbale na krześle, sondując mnie wzrokiem. Sam wpatrywał się w ekran laptopa.
- "Co zabrałeś, będzie ci zabrane..." - mruknęłam do siebie, odczytując inskrypcje. Byłam wdzięczna Avie za katowanie mnie mangą i innymi japońskimi bzdetami, które ona kochała, a ja nienawidziłam. Przynajmniej nauczyłam się kolejnego języka. Dean zakrztusił się wódką, którą popijał.
- Znasz japoński?!
    Wzruszyłam ramionami.
- Trochę. Co to jest Shojo? - zmarszczyłam brwi, upewniając się, że dobrze odczytałam krzaczki.
- Sam, sprawdź to. - Dean szturchnął brata, gdy ten nie reagował. - Co robisz? - nachylił się do ekranu i uniósł brwi, a potem zerknął na mnie. - Dokładnie za tobą jest kamera. Nie mam nic przeciwko, ale właśnie rozpraszasz mojego brata.
- Jesteś jakiś dwubiegunowy, czy coś? - zmrużyłam oczy, ale odwróciłam się i podeszłam do Gartha. - Co z nim zrobimy?
- Zwiążmy go i zostawmy.
- Świetnie. - wyciągnęłam panu Baxterowi sznurówki z butów i podjęłam się krępowania. W tym czasie przyjaciel podszedł do braci, by pochylić się nad poszukiwaniami. Czytnik EMF w jego kieszeni zaczął wyć.
- Oh... Przepraszam... - wyjął przedmiot święcący na czerwono. - To twój, Dean.
- Nie przejmuj się. - chłopak wyciągnął rękę po swój sprzęt.
- Chyba że nie mam za co przepraszać...
    Dean znowu wydawał się całkowicie trzeźwy.
- Oh, daj spokój, Garth.
- Masz ją ze sobą, prawda?
- O co chodzi? - Sam popatrzył na nich nierozumiejącym wzrokiem. Ja też nie wiedziałam, o co chodzi, ale nie interesowało mnie za bardzo. Próbowałam sobie przypomnieć, jak wiąże się jakikolwiek bardziej zaawansowany węzeł niż supeł.
- Zawiąż ósemkę. Jeden koniec musisz wsunąć pod spód... - chrapliwy głos rozległ się niedaleko mojego ucha. Uniosłam wzrok. Stary mężczyzna w czapce z daszkiem ponownie mnie nawiedził. Nawet nie drgnęłam. Znowu się zaczęło. Już tyle miesięcy miałam spokój.
- Poradzę sobie, dzięki. - mruknęłam cicho.
- Posłuchaj mnie, dziecko...
- Przestańcie mnie tak wszyscy nazywać.
- Dean i Sam nie mają pojęcia, w co się pakują. Idą w złą stronę!
- Nie pomagasz.
- Do kogo mówisz, Chiara?
    Uniosłam głowę. Cała trójka patrzyła się na mnie. Przełknęłam ślinę, zdając sobie sprawę, że widzą tylko mnie i nieprzytomną ofiarę na ziemi.
- Do siebie. - zerknęłam na prawo, ale duch mężczyzny już zniknął. Powinnam się nim bardziej zainteresować. Później.
- Odpowiedz na pytanie. Kiedy zamierzałeś mi o tym powiedzieć, Sam?
- Gdybym go znalazł, to bym ci powiedział.
- Znowu chcesz mieć przede mną tajemnice, Samuel?
    Atmosfera gęstniała. Żałowałam, że się wyłączyłam, bo rozczarowanie na twarzy Deana było warte zrozumienia sytuacji.
- Okej... Powinniśmy się wziąć do roboty. - wtrącił Garth. Dean wstał i założył kurtkę.
- Ja pojadę po miecz. Wy zajmijcie się Baxterem.
- Nie możesz jechać w takim stanie. - zaoponowałam. - Poprowadzę.
- Po moim trupie. - minął mnie w drzwiach i wyszedł na korytarz. To by było na tyle ze sprowadzania Sama i Deana na dobrą stronę.
- Poradzi sobie. - próbował mnie przekonać Sam.
- Zrobię ci kawy. - zaoferowałam i wyszłam do pomieszczenia obok. Sięgnęłam po czajnik, zalałam go wodą i postawiłam na palniku.
    Zaczynałam się plątać. Na początku miałam pomóc Garthowi w polowaniu. Później - wyciągnąć z Winchesterów co się da na temat Avy. Ale ich obecność coraz mniej mnie drażniła, tłumiona złość i rozpacz topniała, pamięć o przyjaciółce zamazywała się... Z każdą kolejną chwilą spędzoną z Samem i Deanem chciałam im pomóc, być częścią tego przedsięwzięcia, a coraz mniej chciałam ich obu pozabijać. Byli sprytni. Wszystkich okręcali sobie wokół palca. Prawdziwi psychopaci. Byłam nimi zafascynowana, niemal tak bardzo, jak wmawiałam sobie, że ich nienawidzę. I w tym wszystkim był Garth, który wierzył, że Ava sama się odnajdzie, a ja mam się skupić na sobie...
    Przenikliwy gwizd dotarł do mojej podświadomości. Zdjęłam czajnik i zalałam kubek z czarną kawą. Czarną jak moja dusza.
    W gabinecie panowało ożywienie. Odstawiłam kubek na biurko, oczekując jakichś nowin. Sam ledwo stał na nogach, trzymając się we względnym pionie tylko i wyłącznie dzięki ścianie, której się trzymał. Garth kucał przed przytomnym już Baxterem.
-  Gdzie go znajdę, panie Baxter?
- Tutaj... Powinien sprzątać magazyn...
- Idziemy. - zarządził Fitzgerald. Sam niemal duszkiem wypił gorącą kawę, a potem potrząsnął głową.
- Dobrze się czujesz? - wymamrotałam. Skinął głową.
- Przynajmniej widzę pojedynczo. - zrobił niepewny krok naprzód, ale następne stawiał już bardziej zdecydowanie. - Ja i Garth szukamy syna Baxtera. Ty wyjdź po Deana. Spotkamy się w magazynie.
    Opuścił pokój. Spojrzałam na skrępowanego mężczyznę.
- Gubię wątki, panie Baxter. - przyznałam, po czym wyruszyłam po Winchestera.
    Nie zdążyłam nawet dotrzeć do holu, gdy wpadłam z impetem na chłopaka. Gdyby nie przytrzymał mnie za ramiona, upadłabym.
- Hola! Stoisz? - upewnił się. Skinęłam głową, czując rosnącą gulę w gardle.
- Szybko ci poszło. Czy ty już jesteś trzeźwy? - spojrzałam mu w oczy, ale źrenice miał zwyczajne.
- Nie umiem się już dobrze upić. Gdzie Sam?
    Są gorsi niż małżeństwo. Non stop jedno pyta o drugie.
- Poszli szukać syna Baxtera, podobno tu pracuje.
- Tak sądziłem. - sięgnął za pazuchę i wyciągnął długi miecz samurajski. Oczy rozszerzyły mi się ze zdumienia. - Tylko tym można zabić to paskudztwo. - dodał, gdy odnotował mój wzrok. Wyszczerzył zęby. - Prowadź.
    Poprowadziłam go więc schodami w dół, do piwnicy, gdzie znajdował się magazyn. Nic nie wskazywało na to, że idziemy w dobrym kierunku, ani że nasi przyjaciele trafili na ducha.
    Dźwięk trzaskanego szkła rozniósł się echem po całym budynku. Wymieniliśmy z Deanem spojrzenia i puściliśmy się biegiem.
- Ouh! - krótki okrzyk sprowadził nas w kierunku beczek z piwem.
    Wypadliśmy do małej hali. Wyjście ewakuacyjne było zatrzaśnięte, w ścianie dziura wielkości człowieka. Na ziemi leżał nieprzytomny Sam. Chwyciłam Deana za rękaw, czując, jak drży. Na środku pomieszczenia stał przerażony nastolatek. Dean wyrwał mi się z uchwytu i w dwóch susach znalazł się za chłopakiem, kładąc mu rękę na ramieniu.
- Cofnij się! - warknął, zaciskając dłonie na mieczu. Syn Baxtera posłusznie wykonał polecenie. Dean nieustraszenie stał na środku hali, rozglądając się czujnie na boki, lecz nieustannie zerkając w stronę brata.
    Przyciągnęłam do siebie nastolatka, zdając sobie sprawę z tego, że właśnie stanęłam na linii ataku Shojo.
- Zostań tutaj, jasne?! - poleciłam mu, po czym podbiegłam do Sama. Przypadłam do nieprzytomnego chłopaka i potrząsnęłam go za ramiona. - Sam!
    Dean chyba wyczuwał ducha jakimś szóstym zmysłem, bo ciął powietrze raz za razem. Uniósł ręce do góry, by wykonać cięcie znad głowy, gdy zjawa kopnęła go w brzuch, wytrącając mu broń z rąk. Miecz ze ślizgiem odjechał dobre cztery metry od walczącego.
    Dean rzucił spojrzenie swojemu bratu, a potem mnie. Byliśmy świadomi, że to może być koniec tej nierównej walki, gdy zobaczyłam naszą jedyną nadzieję.
- Pomóż nam! - krzyknęłam do ducha mężczyzny w czapce z daszkiem. Stał dosłownie stopę od miecza. Wydawało się, że nieskończone minuty zajęło mu spojrzenie w dół, a potem kopnięcie broni w kierunku chłopaka, na którym tak mu zależało.
    Jego drugi podopieczny odzyskał świadomość i nieznacznie się uniósł, łącząc wątki, gdy nagle jego twarz wykrzywił strach.
- Dean!
     Winchester pochwycił miecz i wstał z klęczek, wykonując piruet i przecinając powietrze za sobą.
- Na twojej trzeciej! - wrzasnął Sam.
    Łowca bez zawahania odwrócił się i dźgnął przestrzeń nad głową młodego Baxtera, który opadł na kolana, spazmatycznie łkając. Puścił miecz, który pozostał w powietrzu. Przez chwilę wpatrywaliśmy się w niego z przerażeniem i nadzieją, aż  na jego końcu zmaterializowała się postać kobiety o długich, czarnych włosach, w białej sukni.
    Posłała swojemu zabójcy spojrzenie pełne nienawiści, wrzasnęła ostatni raz i niemalże wybuchła. Łowca stał na środku, nadal gotowy do ataku, lecz jego brat ponownie stracił siły, odchylając się na ścianę i przymykając oczy.
- Sam? - mruknęłam cicho, dotykając jego twarz.
- Nic mi nie jest. - odparł cicho. Dean podniósł miecz.
- Jesteś cały? - zapytał młodzieńca. Ten potwierdził roztrzęsionym głosem. - Sam?
- Jest okej. - posłał mu niewyraźny uśmiech.
- Gdzie Garth? Idźże po niego - rozkazał młodemu. Potem spojrzał na mnie bez słowa. Skinęłam głową, odsuwając się od jego brata. - Dobrze. Jest dobrze. - powtórzył, jakby próbował przekonać siebie samego. Sam chwiejnie stanął na nogi.
- Pójdę po Gartha. - oznajmił i również opuścił halę. Przygryzłam policzek od środka i podniosłam się, obejmując się ramionami i rzucając łowcy szybkie spojrzenie. Wpatrywał się w miecz, jakby widział go po raz pierwszy.
    Potem obejrzał się do tyłu, skąd broń sama doleciała do jego dłoni. Chyba tylko ja wiedziałam, co się tak naprawdę stało. Przeniósł na mnie zieloną toń.
- Wyjaśnisz mi to?
    Pokręciłam głową. Wiedziałam, że nie mogłam tego wyjaśnić. Nikt oprócz Avy tego nie rozumiał, a teraz zostałam całkiem sama.
- A ty mi wyjaśnisz? - odpowiedziałam pytaniem na pytanie, a on, o dziwo, doskonale wiedział, o co mi chodziło. Również pokręcił głową. - W takim razie jesteśmy kwita.
    Zostawiłam go samego. Trochę cierpienia nikomu nie zaszkodzi.
    Czas wracać do domu. Powoli wycofałam się z budynku browaru, mając nadzieję, że chyłkiem uda mi się wydostać z miasteczka.
- Hej, a ty gdzie? - radosny ton Gartha jak zwykle nie pozwolił mi odejść.
- Sprawa zakończona. Wracam do Nowego Jorku. Krwawisz, wiesz?
- Wiem, ale to nie ważne. Nie jedziesz ze mną?
- Do twojej panny? Nie, dzięki. Powinnam wrócić do Jasona. - co za wierutne kłamstwo. A jednak Garth uwierzył.
    Winchesterowie wyszli na parking, otrzepując się z kurzu. Przystanęli przy swoim samochodzie, przysłuchując się naszej rozmowie.
    Fitzgerald przytulił mnie mocno.
- Uważaj na siebie. I nie zmieniaj się, żeby ją odnaleźć. Uda ci się.
    Miałam ściśnięte gardło, więc zdołałam tylko wydusić z siebie coś a'la potwierdzenie. Potem Garth odprawił ten sam rytuał ze swoimi przyjaciółmi, wsiadł w forda i odjechał, machając na pożegnanie.
    Powoli podeszłam do mojego Johnny'ego, czując się nieco pewniej, gdy oddzielał mnie od legendarnych braci.
- Nie pojechałaś z Garthem. - zauważył Sam.
- Nie po drodze nam dalej. - przyznałam. Wymienili spojrzenia.
- Ale nam jak najbardziej. - Dean wyszczerzył zęby. - Jedziesz z nami.