środa, 30 sierpnia 2017

Rozdział VIII.

     Przed oczami przemknęły mi obrazy minionego tygodnia. Żałosna postać na kanapie, bezczelnie nazywająca się moim imieniem. Ciało bez ducha egzystujące na zajęciach. Snujące się po sklepie, bibliotece, mieście lub własnym mieszkaniu. Zalała mnie wściekłość i wstyd. To nie była Chiara Perry.
    Chiara Perry nie myślałaby tylko o sobie i o swojej domniemanej samotności. Twarda, bezwzględna, prawdziwa łowczyni przetrząsnęłaby niebo i ziemię, by odnaleźć swoją przyjaciółkę. Spokojnie. Metodycznie. Bez żadnych scen i taryfy ulgowej. Chiara, upomniałam siebie stanowczo. Przestań być mięczakiem. Przestań grać. Bądź prawdziwą sobą. Tamte chwile załamania to było nic innego jak twoje alter ego primadonny, które na nikim nie robiło wrażenia. Skup się na robocie.
    Ostatni raz pociągnęłam nosem i uniosłam głowę, koncentrując wzrok na postaci, w której głosie zabrzmiało wcześniej tyle ironii. Zmrużyłam oczy.  Zmęczona twarz poorana była zmarszczkami i bruzdami charakterystycznymi dla kogoś, kto większość życia nie wylewał za kołnierz. Nawet niechlujna broda nie była w stanie tego zasłonić. Jasne oczy osadzone pod krzaczastymi brwiami bystro mnie sondowały, jakby ich właściciel zastanawiał się, czy rzucę mu się gardła. Pomimo tego, iż w źrenicach czaiła się inteligencja i ogrom przeżytych lat, czegoś w nich brakowało. Nie umiałam stwierdzić, czego konkretnie. Może zrozumienia?
    Uniosłam brwi, przybierając standardową, kpiącą pozę - w moim przypadku wystarczyło przechylić głowę na lewo i nieznacznie wysunąć brodę.
- Hej. Nieładnie tak śledzić ludzi.  
    Riposta może nie była najwyższych lotów, a mężczyzna wcale nie wyglądał na zbitego z tropu, ale zdziwienie zawitało na jego twarzy. Raczej nie codziennie pyskuje mu taka małolata jak ja.
- Ty... Widzisz mnie? - uniósł krzaczaste brwi.
- Oczywiście. Stoisz dwie stopy ode mnie.
    Zerknęłam przez ramię, słysząc zbliżające się zamaszyste kroki. Jeszcze chwila i Garth wciągnie mnie w kolejną maskaradę. Odwróciłam się do mojego rozmówcy. 
- A tak w ogóle, to kim ty jesteś? - rzuciłam pytanie prosto w powietrze. Gość zniknął. Na wszelki wypadek rozejrzałam się po korytarzu, ale oprócz pustki nie było nikogo. - Okej. Wcale nie dziwne. 
   Uświadomiłam sobie, że w mgnieniu oka wyszłam z letargu, w którym trwałam miniony tydzień. Zrozumiałam, jak bardzo pozwoliłam sobie na dramatyzowanie. Poprawiłam w zamyśleniu luźne kosmyki włosów, które wymknęły się z koka, gdy skrzypnięcie podwójnych drzwi zaanonsowało nadejście Fitzgeralda.
- Oh, Chiara. - Garth zwolnił, jakby zaskoczony moją obecnością na korytarzu, co więcej, na tej akcji. Po chwili jednak coś w nim zatrybiło i uśmiechnął się, podejmując krok. - Jedziemy do browaru.
    Szybko do niego dołączyłam.
- Do tego, co nazywa się jak prostytutka?
- Właśnie tak. Ojciec zamordowanych jest właś... - spojrzał na mnie z niemym pytaniem w oczach. W głębi duszy zamarłam. Brawo, Chiara. Taki z ciebie świetny kłamca.
- Jest właścicielem. - dokończyłam za niego. - Asystent mi powiedział.
    Garth milczał, nawet gdy wyszliśmy na jasny dziedziniec. Nasunął pilotki na oczy, choć słońce nie świeciło mocno. Nie byłam nawet pewna, czy blask słońca dociera do tego miasteczka. Zerknęłam na przyjaciela, ale ten bez słowa skierował się do swojego Forda Ranchero bez "F" w napisie. Wsiadł do samochodu i zrzucił czapkę, przeczesując włosy. Chwilę mu zajęło, zanim zdecydował się otworzyć mi drzwi od strony pasażera. Zajęłam miejsce.
- Co to ma być? - rzuciłam. Garth zdjął okulary i odłożył je do schowka, starannie unikając mojego spojrzenia.- Garth!
- Chyba będzie lepiej, jeżeli do browaru pojadę sam.
- Sam? A co ja mam niby robić?
- Może poszukaj czegoś więcej o tej Jenny?
- Dlaczego odsuwasz mnie od sprawy?
    Taktownie przemilczał fakt mojej niebywałej bystrości.
- Pracuje nad nią już zbyt wielu łowców, Chiaro.
 - Pragnę ci przypomnieć, że każdego z nich sam zaprosiłeś do współpracy. - gdy mężczyzna nic nie odpowiedział, podjęłam monolog. - Zresztą przypomnę ci również, że nadal ich nie poznałam. 
- Poznasz ich. Ale później, okej? Po prostu mam wrażenie, że wasze poznanie się może mieć znaczący wpływ na sprawę. Lepiej poznać ich w spokoju.
    Wbiłam wzrok przed siebie i przygryzłam wargę, starając się o łzy. Nie powinnam nim manipulować, ale to silniejsze ode mnie...
- Mam wrażenie, że nawet jeszcze nie przyjechali, a mnie uważasz za zbyt niedojrzałą, by zaangażować w śledztwo. 
- Chiara, to nie tak...
- W czym ten cały De... "Demoniczna sprawa" jest lepszy ode mnie, hm?
    Uff. Ledwo ugryzłam się w język. Tak łatwo było się wydać, gdy imię tego cholernego łowcy cały czas kołatało mi się po głowie. Czas wrócić do szczytu swoich możliwości, Chiaro, bo ostatnio nieco się opuściłaś. 
- Oboje jesteście świetnymi łowcami, choć na swój sposób. Najlepiej będzie, jak spotkamy się wieczorem. Ja sprawdzę browar, a ty...
- Pewnie. Super. - odwróciłam głowę do okna. Garth westchnął ciężko, a potem odpalił silnik. Tę rundę przegrałam. Fitzgerald nie był uparty, lecz zwyczajnie zdecydowany, a przy tym niezwykle wrażliwy. Niemalże gryzły mnie wyrzuty sumienia. Niemalże.
    W pełnym świetle dnia motel nie wyglądał bardziej zachęcająco niż nad ranem, co tylko pogorszyło mój humor. Czym prędzej wyskoczyłam z forda i z udawaną złością i niezdarnością próbowałam się dostać do pokoju. Garth stanął za mną i wyjął mi klucze z dłoni, by bezbłędnie trafić do dziurki. Uniosłam na niego wzrok.
- Miałeś rację, G. Potrzebujesz kogoś, kto cię nie zawiedzie. W porządku. - oznajmiłam smutnym głosem, po czym pchnęłam drzwi. Wyjęłam fałszywą odznakę z kieszeni i rzuciłam ją na stół. To samo zrobiłam z telefonem i moim visem. Potem zaczęłam się powoli rozbierać ze stroju federalnej. Łowca odwrócił z westchnieniem wzrok, samemu rozpinając piaskowy mundur. Wskoczyłam w krótkie spodenki i rozpuściłam włosy, by układały się w swobodne fale, a później rzuciłam się na łóżko, przyciągając do siebie laptopa. Całe szczęście, że do znokautowania Castiela użyłam własności Avy, bo nie lubiłam pracować na cudzym sprzęcie.
    Castiel. Wspomnienie jego spojrzenia, władczo skierowanego wzdłuż linii prostego nosa sprawiało, że coś przewracało mi się w żołądku.
- Wychodzę. Postaram się nie wrócić późno. - Fitzgerald już stał z ręką na klamce, gdy coś go tchnęło, by na mnie spojrzeć. - Czy ty się zarumieniłaś?
- Nie! - sturlałam się z łóżka i szybkim krokiem przemierzyłam pokój, by znaleźć moje słuchawki. Garth pokręcił głową.
- Nie chcę wiedzieć, co będziesz oglądać. Jakby coś się stało, dzwoń.
- Prędzej umrę. - mruknęłam, gdy drzwi się za nim zamykały. Przede mną kilka godzin nicnierobienia, o ile Garth nie wpakuje się w jakieś kłopoty. Ale przy tych turbołowcach chyba nic mu nie grozi, hm?
    Puste jacuzzi, z zewnątrz obłożone kamieniami kusząco przyciągało wzrok. Przygryzłam dolną wargę. Powinnam rozwikłać tę sprawę. Może wtedy mogłabym ją dopisać do moich zwycięstw w rankingu. Na razie górowała w nim Ava, ale rychło miało się to zmienić.
    Po kilku minutach zaległam w dużej wannie z puszką zimnej coli i trzecim sezonem Sherlocka. Dzięki odpowiednim bożkom, że stać nas na pokój z kablówką. Skoro miałam zasiąść do umysłowej roboty, musiałam skorzystać ze wszystkich dostępnych źródeł motywacji. Nie ma lepszej, niż Benedict Cumberbatch.
    Niestety, bardzo szybko uświadomiłam sobie, że nie skupiam się na perypetiach detektywa, a na idealnej twarzy zgorzkniałego łowcy. Nie od dziś wiedziałam, że Garth zna Winchesterów. Jak mogłam nie skojarzyć faktów? Skoro byli tak dobrzy, jak twierdził Fitzgerald (a chyba byli, skoro przerwali Apokalipsę) to jakim sposobem nie pomyślałam, że to ich poprosi o pomoc, gdy sprawa wyda się beznadziejna? Gdy nawet odesłanie ducha w zaświaty nie pomaga? 
    Chyba że w grę naprawdę wchodzi drugi duch. Ofiary były spokrewnione. Co więcej, były braćmi. Może to jakaś klątwa, rzucona na rodzinę McAnn? 
    Gwałtownie uniosłam się z gorących bąbelków i boso wyszłam na nagą posadzkę, nie zważając na krople moczące podłogę. Szybko przedreptałam do łóżka, na którym zostawiłam laptopa. Nie kłopocząc się owijaniem w ręcznik, uklękłam i wpisałam w przeglądarkę nazwisko felernej rodziny. Jeżeli mamy do czynienia z klątwą, to prawdopodobnie reszta klanu jest także zagrożona. Pytanie tylko, ile istnień mamy do ocalenia. 
    Gdy zobaczyłam zdjęcie głowy Thighslapper Ale, Jima wraz z rodziną, niemal machinalnie sięgnęłam po telefon. Mieliśmy do ocalenia jeszcze trzy życia. 
- Garth. - wykrztusiłam do słuchawki, gdy tylko usłyszałam piknięcie. Oczyściłam głos. - Rodzina McAnn jest przeklęta. Musisz znaleźć córkę właściciela. Słyszysz mnie? 
    Odsunęłam telefon od ucha i zaklęłam głośno, widząc odrzucone połączenie. Co on sobie myśli?!
    Z prędkością błyskawicy wcisnęłam się w dżinsy i koszulkę kolejnego zespołu, a także wysokie buty i wybiegłam z pokoju, zgarniając po drodze kluczyki od auta, broń, dokumenty i koszulę w kratę. Zmierzchało, a ja nie zamierzałam marznąć. 
    Johnny czasem mnie zawodził, ale tym razem bez sprzeczki ruszył z parkingu, połykając mile dzielące nas od browaru. Zerkałam na prędkościomierz, mając nadzieję, że zdążę. 
    Właśnie wjeżdżałam na podjazd Thighslapper Ale, gdy rozdzwoniła się moja druga komórka, której używałam podczas śledztw. Zacisnęłam powieki. Za późno. 
- Herondale. - odebrałam, dbając o to, by głos mi nie drżał.
- Mamy kolejny zgon, agentko Herondale. Lillian McAnn.
    Przełknęłam ślinę, zaciskając dłoń na kierownicy.
- Dziękuję. Będę za chwilę.
    Rzuciłam telefon na siedzenie obok i zacisnęłam dłonie na skroniach. Muszę działać szybko. I to będzie moja sprawa.
                                                                            * * *
    Uraz był ten sam. Podejrzewałam ten sam mechanizm zdarzenia. Sama klątwa, nawet Worek Złego Uroku tak nie działa. To musiał być duch. Duch, który rozszarpywał brzuchy swoich ofiar jak rozpruwa się rybę przed patroszeniem. Nie mogłam się otrząsnąć, nawet gdy mknęłam ciemną drogą, przy cichym akompaniamencie Harry'ego Stylesa. Wyjątkowo mnie wyciszał.
    Gdy dojechałam przed motel, pozwoliłam sobie na jeszcze dwie minuty kontemplacji przy zgaszonym silniku. Czas wyłączyć uczucia na 100%. Czas wejść w rolę.
    Jakiś stary gruchot stał zaparkowany tuż za brązowym fordem Gartha. Spodziewałam się tego. Sięgnęłam po eko siatki z jedzeniem z chińczyka i piwem z browaru Jima, które kupiłam po drodze. Uśpić ich czujność. A potem zaatakować. Chiara. To twój wielki czas. Czy jesteś na tyle dobrą aktorką, by owinąć sobie Winchesterów wokół palca?
    Pchnęłam drzwi, jak zwykle przy Garthie otwarte. Nie mam pojęcia, jakim sposobem przeżył tyle lat. Siedział przy ladzie, naprawiając swój czytnik EMF. Może i nauczył mnie, jak takowy zbudować, ale niestety sam nie umiał swojego obsługiwać. Sam Winchester siedział przy stoliku tuż przy wejściu, przeglądając internet. Jego brat właśnie wstał z kanapy, sięgając po starą, obdartą piersiówkę i wyglądało to raczej na odruch, niż świadome działanie. Na jego twarzy widoczne było to samo znudzenie i irytacja, a w oczach ogromna pewność siebie, którą widziałam za każdym razem. To chyba jego naturalna mina. Teraz wszyscy patrzyli na mnie, przybysza, który wtargnął w ich męską strefę poszukiwań.
    Z rozczarowaniem skonstatowałam, że w pomieszczeniu nie ma Avy. Coś głęboko w mojej duszy pękło. Ale nie pozwoliłam sobie okazać rozczarowania. Nie teraz.
- Joł. - rzuciłam, odkładając torby na stół koło laptopa Sama. - Chińczyk i piwo.
   Nieśpiesznie wyjęłam cztery butelki i włożyłam je do lodówki. Winchestrowie patrzyli na mnie oniemiali. Sam nawet nie zdążył wstać. Za to ręka Deana nieuchronnie, powoli sięgała za pasek, gdzie powinien mieć schowaną broń. Ale byłam pewna, że jej tam nie ma. Na pewno odłożył ją, by wygodniej mu się pracowało.
- Przy okazji, jestem Chiara. Chiara Perry. - posłałam mu uśmiech przez ramię.- Już się spotkaliśmy, Dean. Nie musisz mnie sprawdzać.
    Ręka się zatrzymała. Teraz mierzył mnie tylko spojrzeniem.
- Gdzie byłaś, Chiaro? Martwiłem się! - Garth odłożył zepsuty czytnik i spojrzał na mnie z wyrzutem. Wzruszyłam ramionami.
- Nudziło mi się tutaj. Pomyślałam, że wyskoczę po jedzenie, bo możecie wrócić głodni. Nie mówcie, że nie.
     Dean podszedł do okna i nieznacznie odsunął zasłonę, wyglądając na parking. Mój Johnny stał zaparkowany idealnie w świetle latarni.
- To jest twój samochód? - zapytał.
    Skinęłam głową, po czym oparłam się plecami o ladę, zakładając ramiona na piersi i czekając na reakcję. Miałam świadomość, że moje nogi wyglądają w tych butach wyjątkowo zgrabnie. Starszy Winchester widocznie toczył ze sobą jakąś wewnętrzną walkę, jakby nie wiedział, jak się do mnie odnieść. Opuścił zasłonę na miejsce i rzucił bratu nieprzeniknione spojrzenie, które nieco zbiło mnie z tropu. Wyglądało na to, że w ogóle mnie nie poznali.
- Tutaj jest napisane, że Dale był nie tylko partnerem, ale prawdziwym mistrzem piwowarstwa. Prawie geniusz. - wtrącił Sam bez związku, ale to wystarczyło, by Dean wrócił do swojej zwykłej maniery.
- Dobra, dość tego. Nie uwierzę, póki nie spróbuję, bo żaden minibrowar nie jest wart ośmiu nagród Food Magazine - pewnym krokiem przemierzył pokój w stronę lodówki, odkładając piersiówkę koło Gartha, który nadal kręcił coś w czytniku. Kontrolki zapaliły się na czerwono, a samo urządzonko zaczęło piszczeć. Garth zmarszczył brwi, a potem stuknął kilkakrotnie w sprzęt. - Piwo to nie żarcie. To... coś jak woda.
    Rozdał piwo Samowi i Garthowi i stanął koło mnie, wręczając mi butelkę. Był ode mnie wyższy przynajmniej o stopę. I pachniał ogniem, miodem i burzą. Ostre kości policzkowe i linia żuchwy przyciągały wzrok. Czułam na sobie jego spojrzenie od czasu do czasu, więc powstrzymywałam się od patrzenia. Dean uniósł butelkę do ust.
   Również upiłam łyk piwa, cudem powstrzymując kaszlnięcie. Było mocne jak cholera. Łzy stanęły mi w oczach, gdy próbowałam udawać, że napój wcale nie wypala mi przełyku.
- Wow. To rzeczywiście zajebiste. Nawet złość mi przeszła. - mruknął Dean. Odwróciłam się, zakrywając usta rękawem. Rany, chyba umrę.
    Garth opróżnił swoją butelkę jednym tchem.
-  Wow. Zabawa trwa, Garth.
- Raczej nie pijam piwa. Zaburza moje postrzeganie głębi. - beknął cicho. Otarłam łzy. - Zwłaszcza, gdy myślę na golasa. - parsknęłabym śmiechem, ale głos uwiązł mi w spuchniętym gardle. Nienawidzę alkoholu. - Hej, opowiedzieć wam dowcip?
    Sam próbował powrócić do sprawy, ale nasza uwaga była skierowana na Gartha. Śmiał się sam do siebie, czkając cicho. Znałam go wystarczająco długo, by pojąć, że łowca się upił.
- Hej, dostanę jeszcze trochę Thighslappera? - zapytał Fitzgerald.
- Dla ciebie już tylko kawa, Tara Reid.. - odparłam równocześnie z Deanem, a potem zaniosłam się długo powstrzymywanym kaszlem. Chłopak spojrzał na mnie z uniesioną brwią.
- Wszystko w porządku? - zaniepokoił się Sam.
- Nie... jest... w porządku... - wychrypiałam. Podszedł do mnie i kucnął, kładąc mi jedną rękę na plecach i badawczo obserwując moją czerwieniejącą twarz.
- Mam nadzieję, że tu nie umrzesz. Szkoda palić koszulkę Zeppelinów, bo wolałbym cię nie rozbierać. - oznajmił Dean grobowym głosem.
- Hej, ona jest nieletnia! - wtrącił Garth. Mina Sama, wyrażająca szok i oburzenie natychmiast przywróciła mi oddech, gdy zaniosłam się śmiechem.
    Przerwał mi zgrzyt radiotelefonu i głos z policyjnej centrali.
- Wezwanie do rezydencji McAnna. Washburn 698.
- Rezydencja McAnna w sensie Jima McAnna? - Sam uniósł się z kucek.
- Dla ich dobra miejmy nadzieję, że duch nie wyniósł się z lasu. - Garth momentalnie otrzeźwiał. - Chiaro, miałaś szukać jakichś informacji na ten temat. Znalazłaś coś?
    Wszystkie spojrzenia skierowały się na mnie. Yass, Chiara Perry w centrum uwagi, tak jak chciałam. Wyprostowałam się i otarłam łzy z oczu.
- W zasadzie... to tak. W sumie już tam byłam. Dostałam cynk wcześniej. Nie żyje Lillian, córka właściciela. Ta sama dziura w brzuchu.- wzruszyłam ramionami. - Wygląda na to, że wspólnym czynnikiem jest nazwisko. Klątwa?
    Winchesterowie wymienili spojrzenia. Garth wstał od stołu.
- Okej. Trzeba to sprawdzić.
- Wy jedźcie. Ja pojadę do wdowy. - zaproponował Sam.
- Jadę z tobą! - podjęłam się. Garth zmarszczył brwi.
- Ty i rozmowa z załamaną kobietą?
- Ja i rozmowa z przerażonym dzieckiem? W życiu nie. Zresztą, nie chcesz mnie tu chyba znowu zostawić, co?
    Spojrzenie Deana jasno mówiło, że chętnie by na to przystał. Sam wydawał się rozbawiony rodzącą się sytuacją. Posłałam Deanowi szeroki uśmiech i klepnęłam go w ramię, wymijając go w kierunku jego brata.
- Spokojnie. Garth świetnie radzi sobie z dziećmi.
    Byłam ciekawa, czy użyje swojej sekretnej broni. Aż szkoda, że mnie tam nie będzie.
                                                                              * * * 
     Kobieta postawiła przed nami tacę z herbatą i ciasteczkami, chociaż żadne z nas nie prosiło. Jednak posłusznie sięgnęłam po ten z największą ilością czekolady i ugryzłam nieufnie. Rozumiałam, że nagle owdowiała kobieta potrzebuje jakiegoś celu. Choćby było to zaparzenie herbaty.
   Uniosłam brwi ze zdziwieniem, gdy ciasteczka okazały się wyśmienite. Oczy pani Lampert zabłysły wśród łez szczerą radością.
- Ulubione słodycze Dale'a. - odezwała się cicho. 
    Zerknęłam na Sama, szukając wsparcia. Wykonałam pierwszy krok. Niech i on się wykaże. 
- Więc... pani mąż dużo podróżował, tak? - odezwał się. Odwróciłam wzrok, tłumiąc rozbawienie. Proszę państwa, przedstawiam wam Sama Winchestera, człowieka, który zabija demony siłą umysłu, ale nie umie sensownie zacząć rozmowy z kobietą.
- Tak. Przeczesywał egzotyczne kraje w poszukiwaniu najlepszych składników.
    Pokój dzienny, w którym zostaliśmy przyjęci, był pełen szkatułek, butelek najprzeróżniejszego alkoholu i zdjęć. Rozglądałam się po nim, z przyjemnością pochłaniając czekoladowe ciasteczka. Jedna ściana była cała obwieszona zdjęciami mężczyzny w różnych etapach życia, ale zawsze z uśmiechem na twarzy i jednym ze swoich trofeów w dłoniach.
- Miałem okazję spróbować jego wyników... Było... było świetne. - Sam pokręcił głową, przypominając sobie smak piwa, w którym prawie się utopiłam. Ugryzłam ciasteczko, powstrzymując się od komentarza. - Słyszałem, że nie jest pani w najlepszych stosunkach z dawnymi partnerami Dale'a.
    Pozwoliłam myślom błądzić, podczas gdy Winchester prowadził śledztwo. Strzepnęłam okruchy z powycieranych dżinsów i sięgnęłam po herbatę. Jeżeli pani Lampert choć w połowie była tak dobra w parzeniu herbaty, jak jej mąż w warzeniu piwa, to nie mogłam sobie odmówić.
    Ostry ton w głosie Sama sprowadził mnie na ziemię.
- Czarne pudełko z inskrypcją?
- Tak, dokładnie. Nigdy nie pozwalał mi go dotykać.
    Brązowe spojrzenie Samuela upewniło mnie, że się nie myliłam. Klątwa jak nic.
- Dziękujemy, pani Lampert. Będziemy w kontakcie.
    Pośpiesznie dopiłam przepyszny napój, ryzykując poparzenie języka i podniosłam się z kanapy śladem Winchestera.
- Powodzenia, pani Lampert. - skinęłam głową i opuściłam dom, pozostawiając oniemiałą kobietę samotnie. 
    Sam rozmawiał przez telefon. Wyjęłam z kieszeni kluczyki od samochodu i zakręciłam nimi na palcu, a potem sama sięgnęłam po komórkę. Hej, jestem cała. Ja i Garth polujemy na coś w Kansas. Wrócę przed końcem tygodnia, napisałam szybko, a potem skasowałam wiadomość. Skoro Jason nie dzwoni, to znaczy, że go to nie interesuje. A ja miałam na głowie ważniejsze rzeczy, niż jego dąsy.
- Hej. Jedziemy? - zapytał Sam. Wsunęłam telefon do kieszeni i wróciłam się do chłopaka, a na jego twarzy zabłysnął nieśmiały uśmiech.
- Pewnie. - poprawiłam koszulę, która zsunęła mi się z ramienia i podeszłam do samochodu. Chłopak stał już przy drzwiach od samochodu pasażera, ale nie wsiadał. - Wszystko w porządku?
- W zasadzie zastanawiałem się... Czy mogę prowadzić?
    Uniosłam brwi, konsultując się wzrokowo z Johnny'm. Nie wyglądał, jakby miał coś przeciwko męskiej ręce. Wzruszyłam ramionami i rzuciłam kluczyki Samowi ponad samochodem. Uśmiech na jego twarzy był bezcenny, gdy zamienialiśmy się miejscami.
- Chyba nie prowadzisz za często, hm?
- Impala jest Deana. - odparł, a ja nie musiałam dopytywać. Doskonale rozumiałam. Włączyłam radio i ciszę wypełniło Home Sweet Alabama. Winchester uniósł brew i posłał mi pytające spojrzenie. Wzruszyłam ramionami i zwiększyłam głośność, a potem uchyliłam okno, opierając się o drzwi. Sam westchnął i wycofał z podjazdu.
    Po kilkunastu milach, wobec przedłużającej się ciszy między nami, postanowił przemówić, przerywając mi kontemplację muzyki i widoków nocy.
- Jedziemy do browaru, spotkamy się tam z Deanem i Garthem. Podobno dowiedzieli się czegoś od tej małej. - zerknął na mnie, sprawdzając, jakie wrażenie wywarły na mnie jego słowa. Żadnego. Odchrząknął i poprawił się w fotelu. - Tak w ogóle, jestem Sam.
- Uhm. Chiara.
- Dlaczego zostałaś łowczynią?
- Bo po socjologii nie ma pracy. - odparłam machinalnie, powtarzając stary żart humanistów.
- Co? - zakłopotanie Sama było wyczuwalne na milę. Posłałam mu uśmiech. Był taki uroczy.
- Żartuję. Zostałam łowczynią, gdy mój chłopak został mściwym duchem i próbował mi przygnieść głowę szafką. - wyjrzałam przez okno. - A ty?
    Sam zerknął we wsteczne lusterko i włączył lewy kierunkowskaz, kierując samochód na parking browaru. Wpatrywałam się w jego profil. Dotychczas pogodna twarz wyostrzała się, mężniała, poważniała, jakby myśli chłopaka mknęły ku wydarzeniom przeszłości.
- Tym się zajmuję od zawsze. - odparł, gdy światła oświetliły mroczną, szczupłą sylwetkę Deana opartego o stary, rozklekotany samochód. Skórzana kurtka i skrzyżowane na piersi ramiona dodawały mu zadziorności. - Ratowanie ludzi... - zaparkował tuż koło Impali. - Polowanie na różne rzeczy... - zaciągnął ręczny i przekręcił kluczyk, wyciągając go. - To rodzinny biznes. - podał mi kluczyki. Złapałam go w powietrzu, marszcząc brwi.
- A Dean? Jest starszy od ciebie, prawda? Jak on w to wszedł?
- Dean nigdy z tego nie wyszedł. Powinnaś sama go o to zapytać.
- Pytaj, a potem weź się do roboty. O co chodzi?
    Podskoczyłam, gdy zobaczyłam twarz Deana zaledwie centymetry ode mnie. Opierał się o uchylone okno, zaglądając do środka. Na twarzy o ostrych rysach malowało się wyczekiwanie i zniecierpliwienie, a także coś, czego nie umiałam zinterpretować. Zacisnęłam palce wokół breloczka. Starszy Winchester posłał bratu pytające spojrzenie. Ten pokręcił głową, jakby mówił, że nic z niego nie wyciągnie. Dean przewrócił oczami i odsunął się od drzwi.
- Ja i Sam wchodzimy do środka po butelkę. Garth pilnuje wejścia, a ty, mała - Gartha. Wszystko jasne?
    Wysiadłam z samochodu i zatrzasnęłam drzwi. Parking był pusty, nie licząc nas i naszych pojazdów. Odrzuciłam grzywkę na bok i przybrałam na twarz najbardziej profesjonalny uśmiech socjologa, na jaki mnie było stać. Mój firmowy grymas, zapewniający mi zaliczenia na ćwiczeniach.
-  Pozwól, że nieco skoryguję twój super plan. Ja i ty wchodzimy do środka po butelkę. Garth i Sam nas ubezpieczają. Wszyscy wychodzimy razem, z sukcesem i szczęśliwi, a nikt nie musi zabezpieczać wejścia, bo wiesz co? Jest środek, kurczę, nocy. Wszystko jasne?
    Sam parsknął śmiechem i natychmiast ukrył twarz w rękawie. Garth wyjrzał z miejsca pasażera w Impali.
- Mnie to wszystko jedno, Chiara. To tylko butelka, a nie duch.
- Nie mam zamiaru rozglądać się za duchem i dzieciakiem jednocześnie, mała. - Dean najwidoczniej był mistrzem w kpiącej minie, bo znów mnie nią zaszczycił. Rany, ależ on był diabelnie przystojny.
- Dzięki, umiem o siebie zadbać.
- Tak, właśnie pamiętam. Przypomnij mi, proszę, kto zabił tamto wendigo? - przechylił głowę na bok, ściągając usta. Chociaż był zupełnie nie w moim typie, miałam ochotę przejechać palcami po jego żuchwie. Wcisnęłam ręce do kieszeni, żeby mnie nie kusiło i zakołysałam się na stopach.
- No w zasadzie to Sam.
- Co? Ja? Kiedy? - Sam zmarszczył brwi. Wyglądał, jakby nie za bardzo łączył wątki. Fitgzerald wysiadł z samochodu i podszedł do nas, powiększając trójkąt o wierzchołek. Staliśmy naprzeciw siebie jak bokserzy na ringu. - A, no tak, w Blackwater Bridge. To było lata temu!
- Tamtego też zabiłem ja, Sammy. - Dean zacisnął powieki o nienaturalnie długich rzęsach. - Serio, Sam? Październik, Kolorado? Psychiatryk wyssał ci mózg? Nic nie pamiętasz?
- Masz na myśli polowanie na wendigo? To było dziwne, bo spotkaliśmy ich chyba ze trzy w ciągu tygodnia...
- Ta, przy Eve te wszystkie paskudztwa powyłaziły z nor... Ghule, wampiry, skinwalkerzy... - jego twarz wykrzywił paskudny uśmiech. - Demony. Hej, pamiętasz Jeffersona Starshipa?
- Pamiętam. - Sam potarł brew. - To było wtedy, kiedy śledziliśmy te dwie dziewczyny? Siedzieliśmy w krzakach chyba pół nocy, żeby ich nie nastraszyć i zobaczyć, co zrobią. Cały czas mówiłeś o tej czerwonej szmince... - uśmiechnął się i spojrzał na mnie. - Śledziliśmy dwie dziewczyny, bo non stop wyprzedzały nas w śledztwie. Dopiero tego dnia wieczorem udało nam się je zlokalizować, a one poszły na polowanie... Było zimno i ciemno, a on w kółko mówił o czerwonej szmince, ale takiej krwistej, którą miała jedna z nich. A jak już usłyszeliśmy wendigo i mieliśmy wyjść z własnego kręgu, to one grały na kciuki... - pokręcił głową, widząc moje niedowierzanie na twarzy. - To naprawdę było odważne, jedna z nich po prostu oznajmiła, że staje się przynętą i... wyszła. Jak one miały na imię, Dean?
    Starszy Winchester wyglądał, jakby analizował właśnie swoje drzewo genealogiczne, by znaleźć lukę w pokrewieństwie z Samem. Nie odpowiedział, bo zaciśnięte usta i drgający mięsień na policzku mówiły same za siebie. Garth stał z rozchylonymi ustami i pytającym spojrzeniem. Skinęłam mu głową.
- Ava! Ava i Clara, to były takie niecodzienne imiona. Nie, Chiara, tak to było. Dean nie mógł się nadziwić, że takie imiona funkcjonują. - Sam raz jeszcze wyszczerzył zęby do wspomnień, a potem powiódł po nas spojrzeniem. Dean pocierał ręką czoło. - Były chyba w podobnym wieku, co Chiara, Dean. Powinna pójść z nami. - oznajmił i drgnął. Spojrzał na mnie, a potem ponownie na brata. Ten wbił w niego swoje zielone spojrzenie i rozchylił usta w grymasie totalnego niedowierzania i ubolewania.
- Serio, Sam? Nie skojarzyłeś od razu, że szuka Avy? - zwrócił się do mnie, kierując w moją stronę pistolet z palców. - Dlatego nigdzie ze mną nie pójdziesz, mała. Nie zamierzam skończyć z kulką w potylicy, bo nie udzielę ci informacji o twojej małej przyjaciółce. Skończyliśmy? Weźmy się do roboty, zanim ktoś następny umrze.
    Odwrócił się na pięcie i podszedł do drzwi, wyciągając z kieszeni wytrych. Sam wpatrywał się we mnie; w nikłym świetle lampy jego brązowe oczy wyrażały szok i ból.
- Nie wiedziałem, Chiara... naprawdę... - wyszeptał. Zamarłam, słysząc ten ton pełen żalu.
- Idziesz, Sam? - warknął Dean, stojąc w otwartych drzwiach. Chłopak zawahał się, jakby chciał coś jeszcze dodać, ale ostatecznie posłusznie ruszył w kierunku brata. Po chwili obaj zniknęli w budynku.
- Czy chcę wiedzieć, o co chodzi? - zapytał cicho Garth.
- Nie chcesz. - ledwo mnie było słychać. - Ale powinieneś.
                                                                               * * *
    Zdążyłam opowiedzieć mu całą historię, począwszy od wendigo, przez projekt, aż do teraz, a Winchesterowie nadal nie wyszli. Lekko ucisnęłam nasadę nosa, by przywrócić ostrość widzenia i zerknęłam na parking. Trzy samochody stały nieruchomo, czekając na jeden ruch nadgarstka.
- Ale nie jestem tutaj, by szukać zemsty, przecież wiesz. Nie jestem taka.
- Wiem, Chiaro. Ale Winchesterowie też nie porywają ludzi ot tak.
    Pokręciłam głową i natychmiast rozjaśniło mi się w głowie.
- Garth. Ktoś wszedł do browaru.
- Kiedy?!
- Nie mam pojęcia.
    Szybko i cicho otworzyłam drzwi, wyciągając visa zza paska spodni. Niemal bezszelestnie podeszłam do wejścia, z Garthem depczącym mi po piętach. Na migi dałam mu znak, że wchodzę pierwsza.
    Browar skąpany w cieniu był przerażający i fascynujący jednocześnie. Stal lśniła pojedynczymi refleksami, gdy padały na nią snopy światła z zewnątrz. Ogromne beczki piwa wypełniały całą halę, którą mijaliśmy, gdy szliśmy w kierunku biur.
- Co, do diabła...?! - gdzieś z przodu usłyszeliśmy obcy głos. Zerknęłam na Gartha, przyśpieszając. Wpadliśmy za zakręt, skąd dobiegał nas głos Sama, próbującego wybrnąć z sytuacji.
    W drzwiach jednego z gabinetów stał postawny mężczyzna, wystukujący numer na komórce. Ponad jego ramieniem widziałam zaskoczone twarze chłopców, gorączkowo próbujących coś wymyślić. Uniosłam pistolet...
    Garth wyprzedził mnie w ostatniej chwili, wyciągając rękę i naciskając spust. Mężczyzna drgnął, wydając okrzyk bólu i upadł na ziemię. Telefon wypadł z bezwładnej ręki.
- 911, słucham? Potrzebuje pan pomocy?
   Przekroczyłam nieprzytomnego i nacisnęłam czerwoną słuchawkę na starym telefonie. Przyjrzałam się panu Baxterowi, współwłaścicielowi browaru, leżącemu na ziemi.
- Sparaliżowałeś go? - zapytałam z wyrzutem, unosząc wzrok na przyjaciela.
- Na litość boską, chciałaś go zastrzelić!
- Nie zastrzelić, tylko postrzelić. To różnica. Groził przecież twoim przebojowym łowcom, tak niezwyciężonym. - uniosłam się z kucek, rzucając spojrzenie Winchesterom. Siedzieli za biurkiem z wyrazem ogłupienia na twarzach. Zmrużyłam oczy.
- Czy wy... - odnotowałam puste butelki stojące naokoło otwartego laptopa. - Czy wy jesteście pijani?
- Tylko tak można zobaczyć ducha. - Dean czknął cicho. Przewróciłam oczami.
- Czego się dowiedzieliście?
- Mamy ducha.
- Świetnie. Kto to jest?
- Tego nie wiemy. Pewnie jest to napisane o tutaj, na tym cacku... - Dean wskazał na czarne pudełko z białą twarzą i inskrypcjami w języku japońskim. Podeszłam do nich. Chłopak odchylił się niedbale na krześle, sondując mnie wzrokiem. Sam wpatrywał się w ekran laptopa.
- "Co zabrałeś, będzie ci zabrane..." - mruknęłam do siebie, odczytując inskrypcje. Byłam wdzięczna Avie za katowanie mnie mangą i innymi japońskimi bzdetami, które ona kochała, a ja nienawidziłam. Przynajmniej nauczyłam się kolejnego języka. Dean zakrztusił się wódką, którą popijał.
- Znasz japoński?!
    Wzruszyłam ramionami.
- Trochę. Co to jest Shojo? - zmarszczyłam brwi, upewniając się, że dobrze odczytałam krzaczki.
- Sam, sprawdź to. - Dean szturchnął brata, gdy ten nie reagował. - Co robisz? - nachylił się do ekranu i uniósł brwi, a potem zerknął na mnie. - Dokładnie za tobą jest kamera. Nie mam nic przeciwko, ale właśnie rozpraszasz mojego brata.
- Jesteś jakiś dwubiegunowy, czy coś? - zmrużyłam oczy, ale odwróciłam się i podeszłam do Gartha. - Co z nim zrobimy?
- Zwiążmy go i zostawmy.
- Świetnie. - wyciągnęłam panu Baxterowi sznurówki z butów i podjęłam się krępowania. W tym czasie przyjaciel podszedł do braci, by pochylić się nad poszukiwaniami. Czytnik EMF w jego kieszeni zaczął wyć.
- Oh... Przepraszam... - wyjął przedmiot święcący na czerwono. - To twój, Dean.
- Nie przejmuj się. - chłopak wyciągnął rękę po swój sprzęt.
- Chyba że nie mam za co przepraszać...
    Dean znowu wydawał się całkowicie trzeźwy.
- Oh, daj spokój, Garth.
- Masz ją ze sobą, prawda?
- O co chodzi? - Sam popatrzył na nich nierozumiejącym wzrokiem. Ja też nie wiedziałam, o co chodzi, ale nie interesowało mnie za bardzo. Próbowałam sobie przypomnieć, jak wiąże się jakikolwiek bardziej zaawansowany węzeł niż supeł.
- Zawiąż ósemkę. Jeden koniec musisz wsunąć pod spód... - chrapliwy głos rozległ się niedaleko mojego ucha. Uniosłam wzrok. Stary mężczyzna w czapce z daszkiem ponownie mnie nawiedził. Nawet nie drgnęłam. Znowu się zaczęło. Już tyle miesięcy miałam spokój.
- Poradzę sobie, dzięki. - mruknęłam cicho.
- Posłuchaj mnie, dziecko...
- Przestańcie mnie tak wszyscy nazywać.
- Dean i Sam nie mają pojęcia, w co się pakują. Idą w złą stronę!
- Nie pomagasz.
- Do kogo mówisz, Chiara?
    Uniosłam głowę. Cała trójka patrzyła się na mnie. Przełknęłam ślinę, zdając sobie sprawę, że widzą tylko mnie i nieprzytomną ofiarę na ziemi.
- Do siebie. - zerknęłam na prawo, ale duch mężczyzny już zniknął. Powinnam się nim bardziej zainteresować. Później.
- Odpowiedz na pytanie. Kiedy zamierzałeś mi o tym powiedzieć, Sam?
- Gdybym go znalazł, to bym ci powiedział.
- Znowu chcesz mieć przede mną tajemnice, Samuel?
    Atmosfera gęstniała. Żałowałam, że się wyłączyłam, bo rozczarowanie na twarzy Deana było warte zrozumienia sytuacji.
- Okej... Powinniśmy się wziąć do roboty. - wtrącił Garth. Dean wstał i założył kurtkę.
- Ja pojadę po miecz. Wy zajmijcie się Baxterem.
- Nie możesz jechać w takim stanie. - zaoponowałam. - Poprowadzę.
- Po moim trupie. - minął mnie w drzwiach i wyszedł na korytarz. To by było na tyle ze sprowadzania Sama i Deana na dobrą stronę.
- Poradzi sobie. - próbował mnie przekonać Sam.
- Zrobię ci kawy. - zaoferowałam i wyszłam do pomieszczenia obok. Sięgnęłam po czajnik, zalałam go wodą i postawiłam na palniku.
    Zaczynałam się plątać. Na początku miałam pomóc Garthowi w polowaniu. Później - wyciągnąć z Winchesterów co się da na temat Avy. Ale ich obecność coraz mniej mnie drażniła, tłumiona złość i rozpacz topniała, pamięć o przyjaciółce zamazywała się... Z każdą kolejną chwilą spędzoną z Samem i Deanem chciałam im pomóc, być częścią tego przedsięwzięcia, a coraz mniej chciałam ich obu pozabijać. Byli sprytni. Wszystkich okręcali sobie wokół palca. Prawdziwi psychopaci. Byłam nimi zafascynowana, niemal tak bardzo, jak wmawiałam sobie, że ich nienawidzę. I w tym wszystkim był Garth, który wierzył, że Ava sama się odnajdzie, a ja mam się skupić na sobie...
    Przenikliwy gwizd dotarł do mojej podświadomości. Zdjęłam czajnik i zalałam kubek z czarną kawą. Czarną jak moja dusza.
    W gabinecie panowało ożywienie. Odstawiłam kubek na biurko, oczekując jakichś nowin. Sam ledwo stał na nogach, trzymając się we względnym pionie tylko i wyłącznie dzięki ścianie, której się trzymał. Garth kucał przed przytomnym już Baxterem.
-  Gdzie go znajdę, panie Baxter?
- Tutaj... Powinien sprzątać magazyn...
- Idziemy. - zarządził Fitzgerald. Sam niemal duszkiem wypił gorącą kawę, a potem potrząsnął głową.
- Dobrze się czujesz? - wymamrotałam. Skinął głową.
- Przynajmniej widzę pojedynczo. - zrobił niepewny krok naprzód, ale następne stawiał już bardziej zdecydowanie. - Ja i Garth szukamy syna Baxtera. Ty wyjdź po Deana. Spotkamy się w magazynie.
    Opuścił pokój. Spojrzałam na skrępowanego mężczyznę.
- Gubię wątki, panie Baxter. - przyznałam, po czym wyruszyłam po Winchestera.
    Nie zdążyłam nawet dotrzeć do holu, gdy wpadłam z impetem na chłopaka. Gdyby nie przytrzymał mnie za ramiona, upadłabym.
- Hola! Stoisz? - upewnił się. Skinęłam głową, czując rosnącą gulę w gardle.
- Szybko ci poszło. Czy ty już jesteś trzeźwy? - spojrzałam mu w oczy, ale źrenice miał zwyczajne.
- Nie umiem się już dobrze upić. Gdzie Sam?
    Są gorsi niż małżeństwo. Non stop jedno pyta o drugie.
- Poszli szukać syna Baxtera, podobno tu pracuje.
- Tak sądziłem. - sięgnął za pazuchę i wyciągnął długi miecz samurajski. Oczy rozszerzyły mi się ze zdumienia. - Tylko tym można zabić to paskudztwo. - dodał, gdy odnotował mój wzrok. Wyszczerzył zęby. - Prowadź.
    Poprowadziłam go więc schodami w dół, do piwnicy, gdzie znajdował się magazyn. Nic nie wskazywało na to, że idziemy w dobrym kierunku, ani że nasi przyjaciele trafili na ducha.
    Dźwięk trzaskanego szkła rozniósł się echem po całym budynku. Wymieniliśmy z Deanem spojrzenia i puściliśmy się biegiem.
- Ouh! - krótki okrzyk sprowadził nas w kierunku beczek z piwem.
    Wypadliśmy do małej hali. Wyjście ewakuacyjne było zatrzaśnięte, w ścianie dziura wielkości człowieka. Na ziemi leżał nieprzytomny Sam. Chwyciłam Deana za rękaw, czując, jak drży. Na środku pomieszczenia stał przerażony nastolatek. Dean wyrwał mi się z uchwytu i w dwóch susach znalazł się za chłopakiem, kładąc mu rękę na ramieniu.
- Cofnij się! - warknął, zaciskając dłonie na mieczu. Syn Baxtera posłusznie wykonał polecenie. Dean nieustraszenie stał na środku hali, rozglądając się czujnie na boki, lecz nieustannie zerkając w stronę brata.
    Przyciągnęłam do siebie nastolatka, zdając sobie sprawę z tego, że właśnie stanęłam na linii ataku Shojo.
- Zostań tutaj, jasne?! - poleciłam mu, po czym podbiegłam do Sama. Przypadłam do nieprzytomnego chłopaka i potrząsnęłam go za ramiona. - Sam!
    Dean chyba wyczuwał ducha jakimś szóstym zmysłem, bo ciął powietrze raz za razem. Uniósł ręce do góry, by wykonać cięcie znad głowy, gdy zjawa kopnęła go w brzuch, wytrącając mu broń z rąk. Miecz ze ślizgiem odjechał dobre cztery metry od walczącego.
    Dean rzucił spojrzenie swojemu bratu, a potem mnie. Byliśmy świadomi, że to może być koniec tej nierównej walki, gdy zobaczyłam naszą jedyną nadzieję.
- Pomóż nam! - krzyknęłam do ducha mężczyzny w czapce z daszkiem. Stał dosłownie stopę od miecza. Wydawało się, że nieskończone minuty zajęło mu spojrzenie w dół, a potem kopnięcie broni w kierunku chłopaka, na którym tak mu zależało.
    Jego drugi podopieczny odzyskał świadomość i nieznacznie się uniósł, łącząc wątki, gdy nagle jego twarz wykrzywił strach.
- Dean!
     Winchester pochwycił miecz i wstał z klęczek, wykonując piruet i przecinając powietrze za sobą.
- Na twojej trzeciej! - wrzasnął Sam.
    Łowca bez zawahania odwrócił się i dźgnął przestrzeń nad głową młodego Baxtera, który opadł na kolana, spazmatycznie łkając. Puścił miecz, który pozostał w powietrzu. Przez chwilę wpatrywaliśmy się w niego z przerażeniem i nadzieją, aż  na jego końcu zmaterializowała się postać kobiety o długich, czarnych włosach, w białej sukni.
    Posłała swojemu zabójcy spojrzenie pełne nienawiści, wrzasnęła ostatni raz i niemalże wybuchła. Łowca stał na środku, nadal gotowy do ataku, lecz jego brat ponownie stracił siły, odchylając się na ścianę i przymykając oczy.
- Sam? - mruknęłam cicho, dotykając jego twarz.
- Nic mi nie jest. - odparł cicho. Dean podniósł miecz.
- Jesteś cały? - zapytał młodzieńca. Ten potwierdził roztrzęsionym głosem. - Sam?
- Jest okej. - posłał mu niewyraźny uśmiech.
- Gdzie Garth? Idźże po niego - rozkazał młodemu. Potem spojrzał na mnie bez słowa. Skinęłam głową, odsuwając się od jego brata. - Dobrze. Jest dobrze. - powtórzył, jakby próbował przekonać siebie samego. Sam chwiejnie stanął na nogi.
- Pójdę po Gartha. - oznajmił i również opuścił halę. Przygryzłam policzek od środka i podniosłam się, obejmując się ramionami i rzucając łowcy szybkie spojrzenie. Wpatrywał się w miecz, jakby widział go po raz pierwszy.
    Potem obejrzał się do tyłu, skąd broń sama doleciała do jego dłoni. Chyba tylko ja wiedziałam, co się tak naprawdę stało. Przeniósł na mnie zieloną toń.
- Wyjaśnisz mi to?
    Pokręciłam głową. Wiedziałam, że nie mogłam tego wyjaśnić. Nikt oprócz Avy tego nie rozumiał, a teraz zostałam całkiem sama.
- A ty mi wyjaśnisz? - odpowiedziałam pytaniem na pytanie, a on, o dziwo, doskonale wiedział, o co mi chodziło. Również pokręcił głową. - W takim razie jesteśmy kwita.
    Zostawiłam go samego. Trochę cierpienia nikomu nie zaszkodzi.
    Czas wracać do domu. Powoli wycofałam się z budynku browaru, mając nadzieję, że chyłkiem uda mi się wydostać z miasteczka.
- Hej, a ty gdzie? - radosny ton Gartha jak zwykle nie pozwolił mi odejść.
- Sprawa zakończona. Wracam do Nowego Jorku. Krwawisz, wiesz?
- Wiem, ale to nie ważne. Nie jedziesz ze mną?
- Do twojej panny? Nie, dzięki. Powinnam wrócić do Jasona. - co za wierutne kłamstwo. A jednak Garth uwierzył.
    Winchesterowie wyszli na parking, otrzepując się z kurzu. Przystanęli przy swoim samochodzie, przysłuchując się naszej rozmowie.
    Fitzgerald przytulił mnie mocno.
- Uważaj na siebie. I nie zmieniaj się, żeby ją odnaleźć. Uda ci się.
    Miałam ściśnięte gardło, więc zdołałam tylko wydusić z siebie coś a'la potwierdzenie. Potem Garth odprawił ten sam rytuał ze swoimi przyjaciółmi, wsiadł w forda i odjechał, machając na pożegnanie.
    Powoli podeszłam do mojego Johnny'ego, czując się nieco pewniej, gdy oddzielał mnie od legendarnych braci.
- Nie pojechałaś z Garthem. - zauważył Sam.
- Nie po drodze nam dalej. - przyznałam. Wymienili spojrzenia.
- Ale nam jak najbardziej. - Dean wyszczerzył zęby. - Jedziesz z nami.

niedziela, 9 lipca 2017

Rozdział VII.

    Garth Fitzgerald IV był człowiekiem, którego niełatwo było wytrącić z równowagi. Zawsze potrafił się odnaleźć w sytuacji, nawet jeżeli nic na to nie wskazywało.
- Garth! - rzuciłam mu się na szyję, czując, jak zalewa mnie fala ulgi. Teraz wszystko będzie dobrze.
    A jednak mężczyzna nadal stał bez słowa w drzwiach mieszkania, lekko obejmując mnie w pasie i nie odrywając spojrzenia od Castiela, jakby próbował sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek spotkał taką istotę. Ten również milczał, ale jego wysoko uniesiona brew mówiła sama za siebie. "Tracę cierpliwość, dzieciaku."
    W końcu Garth odsunął mnie na odległość ramienia i zamknął drzwi, oczyszczając cicho gardło. Skrzyżowałam ramiona na piersi, przybierając na twarz uśmiech pełen wyższości. Ha, Fitzgerald był pod wrażeniem!
    Jego niebieskie oczy odszukały moje, zielone, a potem skinął głową w kierunku Castiela.
- To jest twoje polowanie, Chiaro?
   Przytaknęłam z dumą.
- Hm. Niezły okaz, nawet jeżeli małomówny. Gdzie go złapałaś?
- Ściągnęłam go tutaj za pomocą zaklęcia.
- Już ci mówiłem, że to nie zaklęcie, tylko twoje błaganie... - wtrącił anioł.
- Czy ja dobrze widzę? Związałaś go?
- Tak. Wierz mi, tak jest lepiej.
- Hm. - mruknął cicho, ogarniając spojrzeniem bałagan naokoło. - Hm. - Przysiadł na skraju kanapy, nachylając się do Castiela i szepcząc konspiracyjnie. - Nastolatki. Coraz odważniejsze, nieprawdaż?
    Oszołomiony wzrok Castiela mówił sam za siebie. Ja również traciłam wątek. Garth wstał i zaczął się przechadzać przez pokój, stykając przed sobą długie palce.
- No cóż, Chiaro. Dziękuję za zaproszenie, chociaż mogłaś to zrobić przez telefon, zamiast ściągać mnie tu osobiście. Chyba jesteś troszeczkę za młoda na te perwersje, nie sądzisz? Na ogół nie mam nic przeciwko temu typowi znajomości, ale czułbym się niezręcznie, jako twój niemalże starszy brat.
    Westchnął jeszcze raz i odwrócił się do mnie.
- Wiedz, że akceptuję cię taką, jaką jesteś. I twojego nowego chłopaka oczywiście też. A teraz pozwolisz, że go uwolnię? Seksualne gierki nie sprzyjają początkom męskich przyjaźni.
    Szybko podszedł do Castiela i zdjął mu sznury, którymi obowiązane były anielskie nadgarstki. Potem podał mu dłoń i dźwignął go do góry. Castiel potarł skórę, jakby te kilka godzin w węzłach zrobiło mu różnicę.
- Jestem Garth Fitzgerald IV, przyjaciel i mentor tej oto tutaj obecnej Chiary. A ty jesteś zapewne jej nowym towarzyszem zabaw?
    Spojrzenie Castiela było tak pełne pogardy, że aż mnie zabolało.
- Jestem aniołem, ty ośle. - potrząsnął głową, a potem spojrzał na mnie. - Tym razem ci daruję Chiaro Perry. Ale nie waż się tego powtórzyć nigdy więcej, bo będę musiał cię zniszczyć.
    To powiedziawszy, poprawił poły płaszcza i wymaszerował z mieszkania jak najzwyklejszy człowiek na ziemi. Garth zerknął na mnie.
- To chyba rozwiązuje twój problem, czyż nie?
---------------------
    Cierpki posmak porażki zatykał mi gardło. Siedziałam obrażona za kierownicą Johnny'ego z Garthem jako pasażerem. Linkin Park huczał w głośnikach. Chłopak rzucał mi co jakiś czas kontrolne spojrzenie.
- Hm, Chiaro...
- Nawet się nie odzywaj. - przerwałam mu, wystawiając palec wskazujący w górę i nie odrywając spojrzenia od drogi.
- Ale Chiaro...
- Nie masz pojęcia, jak się natrudziłam, żeby go złapać. A ty - ot tak! - pozwoliłeś mu wyjść.
- Sama mówiłaś, że jak nie jeden, to drugi...
- To nie ja, to Ava. - zacisnęłam wargi w cienką linię, zerkając w lusterko boczne, po czym zmieniłam pas. - Poza tym to naprawdę był anioł.
- Pamiętasz, jak udzielałem wam lekcji o potworach? Wspomniałem wtedy coś o aniołach?
- To nie oznacza, że nie istnieją, Garth! - puściłam kierownicę, by poprawić grzywkę we wstecznym lusterku. Fitzgerald gwałtownie sięgnął po kółko. 
- Łapki precz od kierownicy. - warknęłam, kładąc swoją dłoń na "11". Garth uniósł brwi i cofnął się na swoje miejsce.
- Dlaczego nie mogliśmy lecieć samolotem, tak jak ja w tę stronę? - zapytał po chwili z niemal niesłyszalnym wyrzutem w głosie. Garth nigdy nie pozwoliłby sobie na jawną niechęć. Nie byłam pewna, czy on nawet znał takie uczucie jak niechęć.
- Bo nie przeszlibyśmy przez bramkę z tą ilością broni, którą zabraliśmy, kapralu. - rzuciłam z przekąsem.
    Chyba zadowoliła go ta odpowiedź, albo po prostu się znudził rozmową, bo wyjrzał przez okno, nieświadomie kiwając stopą w takt Numb. Przez dłuższą chwilę jechaliśmy w ciszy. Ponownie zmieniłam pas, by bez przeszkód móc zjechać na lewo, w kierunku Wirginii Zachodniej. Uważałam się za dobrego kierowcę i tak się też czułam. Moim przeznaczeniem jest mknąć Route 66 w stronę wschodzącego słońca z uczuciem wolności i możliwości w sercu, najlepiej z Def Leppard w głośnikach. 
- Co tak właściwie robiłeś w Kansas? - zapytałam, gdy piosenka przeskoczyła na coś, czego nie znałam. Przyciszyłam radio.
- Polowałem.
- Kansas jest na środku niczego. Jak ci się chciało? 
- Byłem tam w biznesach. - odparł równie lakonicznie jak przedtem.
- W biznesach? Ciekawe jakich.
- Jako iż jesteś nowicjuszem w sprawach bondage, a ponadto nadal jesteś niepełnoletnia, pozwól, że uchylę się od odpowiedzi.
    Szczęka mi opadła. Do końca drogi już o nic nie pytałam, oprócz pojedynczych próśb o wskazanie drogi. W pewnej chwili zmieniliśmy się miejscami, bym mogła nieco zregenerować siły. Zużyłam jej niemało na utrzymanie stabilnego zdrowia psychicznego.
    Mniej więcej na wysokości Saint Louis w Missouri Garth oddał mi kierownicę, samemu zapadając w sen. Zmierzchało, gdy kilka godzin później, przy cichym akompaniamencie "A Beautiful Lie" wjechałam na parking piętrowego budynku w odcieniach różu i fioletu. Chyba najbardziej gejowski motel w okolicy, pomyślałam, odczytując napis: "Mark & Diana's Last Resort Motel." Zaciągnęłam ręczny i nachyliłam się nad kierownicą, zerkając sceptycznie na balkon. Znając Gartha, powinnam spodziewać się czegoś ekstrawaganckiego.
    Chłopak spał w fotelu pasażera, z głową zwieszoną na piersi. Nie sądziłam, że da się tak oddychać, a co dopiero przeżyć, ale najwyraźniej Garth był ulepiony z innej gliny.
- Garth. - potrząsnęłam jego ramieniem.  Nieśpiesznie rozwarł powieki. - Ponownie w Kansas, Toto.
    Przez chwilę na mnie patrzył, a potem wzruszył ramionami i wysiadł. Obejrzałam się za nim, gdy podszedł do bagażnika i nieśpiesznie go opróżniał z broni i książek. Wyjęłam kluczyki ze stacyjki i podążyłam za nim.
- O co chodzi? - zapytałam, sięgając po swoją podręczną torbę i zarzucając ją sobie na ramię. Łowca zatrzasnął bagażnik. Ponownie wzruszył ramionami.
- Ostatnio bardzo mi kogoś przypominasz. - zmarszczył brwi. - Ale to niemożliwe, bo raczej nigdy się nie spotkaliście. - potrząsnął głową. - Nieważne. Chodźmy do środka.
     Tak jak mogłam się spodziewać, w wyposażeniu apartamentu było jacuzzi. Posłałam pytające spojrzenie przyjacielowi. Odstawił na ziemię ciężkie torby i zamknął za sobą drzwi.
- Znasz mnie. Nie będę sobie odmawiać relaksu przy trudnej robocie.
- Okay. - uniosłam brwi, siadając na łóżku i krzyżując nogi. - Na co polujemy?
- Nie mam pojęcia. - rozłożył ręce, a potem pokrótce przedstawił mi dotychczasowe wyniki śledztwa.
- W takim razie spaliłeś kości Jenny Greentree, a mimo to dzieciaki nadal giną? - gdy Garth skinął głową, przytakując, uniosłam wzrok na sufit, szukając natchnienia. - Jakieś rzeczy prywatne? Dom?
- Była bezdomna.
    Położyłam się, rozrzucając ręce.
- Więc dwa duchy?
- Nie wiem. Chyba będziemy potrzebować wsparcia.
- Jutro musimy iść do prosektorium, sprawdzić ciało. - zarządziłam, ziewając. - Do kogo chcesz dzwonić?
- Mam kumpla, który jest mi coś winien. - odparł Garth, sięgając po telefon i wystukując numer. Uniosłam się na łokciach, podsłuchując. - Hej, tu Garth. Garth, Garth Fitzgerald IV. Pracowaliśmy razem przy sprawie tego demona? Wisisz mi przysługę? - najwidoczniej kumpel Gartha nie pamiętał, że jest jego kumplem. - Chcę spieniężyć ten żeton, stary. Coś się dzieje w Junction City, Kansas. Dobra. Widzimy się jutro. Narka. - spojrzał na mnie. - Załatwione. Teraz spać.
    Następnego dnia udaliśmy się do prosektorium. Przyodziałam mój formalny strój. Garth uparł się, że będzie działał pod inną przykrywką i wskoczył w piaskowy mundur wojskowy. Przewróciłam oczami na jego widok, ale ten upierał się, że w ten sposób mamy większe szanse.
    Do budynku szpitala weszliśmy ramię w ramię.
- Agentka federalna Herondale - rzuciłam w ramach przywitania, okazując sfałszowaną odznakę. Potem wskazałam na Gartha. - To jest kapral James Brown, kuzyn zamordowanego, Trevora McAnn.
    Pani w recepcji pokierowała nas do kostnicy. Drzwi otworzył nam lekarz podchodzący pod 50. Był wysoki i stanowczy, choć nieco zmęczony życiem. Nic nie powiedział na widok Gartha w mundurze, natomiast mnie zmierzył ciekawskim spojrzeniem.
- Nie za młoda na fedzia? - zapytał. Zmrużyłam oczy.
- Nie sądzę. Możemy zobaczyć ciało?
- Jak sobie pani życzy. Mam nadzieję, że nie jadła pani śniadania.
- A ja mam nadzieję, że ma pan już dyplom w uznaniu za seksistowskie żarty.
    Bez słowa otworzył chłodnię i wysunął z niej ciało przykryte białym prześcieradłem. Widziałam zwłoki już wiele razy i nie robiły na mnie ogromnego wrażenia. Avie zdarzało się reagować.
- Doktorze, mogłabym zobaczyć akta? - zapytałam, gdy obejrzeliśmy już zwłoki.
- Którego z chłopców?
    Wymieniliśmy z Garthem zdziwione spojrzenia.
- Nie wiedzieliście państwo? Wczoraj w nocy został znaleziony drugi z chłopców McAnnów. Ogromna strata.
- Nie sądziłam, że już wykonaliście badanie. - odparłam, z powodzeniem ukrywając zaskoczenie. - W takim razie proszę mnie prowadzić do drugich zwłok. James, zostajesz tutaj?
    Garth przytaknął z zaciśniętymi ustami. Wchodził w rolę.
- Mój asystent, Jeremy, wskaże pani drogę. Jeremy, daj pani akta Raya.
    Młody chłopak w białym fartuchu skinął głową i wskazał mi drzwi.
- Znałeś ich? - zagaiłam po drodze.
- Taa. Wszyscy znali Raya. Był super ziomem.
    Przysięgam. Nie miałam jeszcze dwudziestu lat, a już nie rozumiałam połowy bełkotu dzisiejszej młodzieży. Kto mówi "super ziom"?!
- A jego brat, Trevor? Też był popularny?
- Był dziwny. - odparł Jeremy, jakby to wszystko tłumaczyło. Wręczył mi cienką, żółtą teczkę z aktami. - Ale martwy wygląda jeszcze dziwniej.
    Zostawił mnie samą z ciałem. Zerknęłam niepewnie na kształt. Wzięłam głęboki wdech i podeszłam do stolika. Uniosłam płachtę materiału.
    Jego brzuch i klatka piersiowa zostały dosłownie rozerwane. Krwawe strzępy w niewielkim stopniu zakrywały rozszarpane narządy wewnętrzne. Chłopak został wybebeszony. Jak dla mnie wyglądało to na atak potwora z nienaostrzonymi pazurami. Potrząsnęłam głową i wyjęłam czytnik EMF z kieszeni. Garth nauczył mnie, jak to zbudować. Sprzęt zaczął migać na czerwono i mruczeć. Tak jak przypuszczałam w motelu. W grę wchodził drugi duch, o ile Garth doszczętnie zutylizował Jenny. Spojrzałam na bladą twarz ofiary. Był przystojny. Miał nie więcej niż 20 lat.
    Chwyciłam teczkę i wymaszerowałam z pomieszczenia. Czas powziąć zdecydowanie kroki, nim umrze ktoś jeszcze.
    Bezbłędnie trafiłam do poprzedniej kostnicy. Ze środka usłyszałam głosy. Czyżby Garthowi odbiło? Uchyliłam nieznacznie drzwi, nasłuchując. Dwie męskie sylwetki.
- Hej, słyszeliście kiedyś o Thighslapper Ale? - usłyszałam, choć żadna z postaci się nie poruszyła. To striptizerka, czy browar?, pomyślałam, zaglądając do środka. Za komputerem siedział chłopak w garniturze, pochylony nad ekranem. Zmarszczyłam brwi, rozpoznając sylwetkę.
    Garth wypowiedział moje słowa na głos.
- Browar dla frajerów. - mruknął drugi z chłopaków w garniturach, odwracając wzrok od akt trzymanych w dłoniach. Zamarłam. W pierwszym odruchu chciałam uciec, w drugim wejść do środka. Powstrzymałam się. To jest jego wsparcie?
- Um, minibrowar numer jeden na północnym zachodzie. - uzupełnił chłopak zza komputera.
- Ale... jesteśmy w Kansas. - odparł Garth. Brawo, chłopcze, ale ty jesteś mądry.
- Prawda. - przyznał niższy chłopak, po czym przeniósł wzrok na siedzącego. - Do czego zmierzasz?
- Właścicielem jest ojciec obu zamordowanych.
    Chłopak z aktami spojrzał ponownie na Fitzgeralda. Ten szybko podjął decyzję. 
- Dobra. Okej, zrzucam mundur, przebieram się za fedzia i widzimy się w browarze za 40 minut. - zarządził, kierując się do wyjścia.
     Cofnęłam się dwa kroki z głośno bijącym sercem. Przyłożyłam dłoń z aktami do piersi, próbując chłodno przeanalizować wydarzenia sprzed chwili. Garth był już pod drzwiami; nie mógł mnie zobaczyć w tym stanie. Odwróciłam się, wchodząc w zakręt i niemalże na kogoś wpadłam.
- Hej. Ładnie to tak podsłuchiwać?
    Przysięgam, prawie zemdlałam.

niedziela, 25 czerwca 2017

Rozdział VI

    Anioł nie odzyskiwał przytomności. Sama nie wiedziałam, czy to dobrze. Jeśli go zabiłam, jego skrzydlaci towarzysze zjawią się tu na niebiańskich rumakach i mi wklepią. A jeśli tylko go ogłuszyłam, to z pewnością on sam weźmie na mnie wendetę, gdy tylko się ocknie. Ta sytuacja, choć nieco niezręczna, przynajmniej była stabilna.
    Dobra, przyznaję, wtedy spanikowałam. Ej, nie wiem jak wam, ale mnie nie co dzień grozi mityczna istota z wszechmocą. W dodatku tak przystojna.
    Przyglądałam mu się teraz, przygryzając wargę i mnąc w dłoniach resztkę sznura, którym związałam kostki i nadgarstki Castiela. Spod beżowego trenczu widoczna była szpitalna, dwuczęściowa piżama. Nie wiedziałam, po co mu takie przebranie, ale dziwny strój nadrabiał wyglądem. Gdyby nie to, że kolana już trzęsły mi się ze strachu, to na bank zmiękłyby mi na jego widok. Gdybyśmy się spotkali na ulicy, zdecydowanie zagadałabym o numer. Długie, ciemne rzęsy rzucały cień na ostre kości policzkowe, lekki zarost pokrywał skórę. Czarne włosy, wyglądające jakby stylista ułożył je w niedbałą fryzurę, były sklejone krwią. Przeze mnie.
    Rany, on mnie zabije. On albo Winchester.
    Rozejrzałam się wokół. Dobrze, że wcześniej zwinęłam dywan, by narysować krwawe znaki na ziemi. Inaczej nigdy nie doczyściłabym plamy z krwi Castiela. Mój wzrok padł na zepsutego laptopa. Podniosłam go z westchnieniem. Jego pokrywa była wygięta, ekran prawdopodobnie rozlany. Gdy lekko uchyliłam klapę, klawisz enter wypadł, cicho stukając o ziemię. Brawo Chiara.
      Odłożyłam komputer na szafkę i okręciłam się w miejscu, próbując ustalić plan działania. Mężczyzna drgnął nieznacznie. Musiałam przyznać, że z tym sama mogę sobie nie poradzić. Nacisnęłam na chrząstkę u nasady nosa; to zawsze pozwalało mi się skupić. Uświadomiłam sobie, że Jason miał rację. Prawdziwa Chiara Perry została chyba na tym zadupiu w Ohio. Powinnam się otrząsnąć, jeżeli miałam zamiar uporać się z aniołem. Ale zdecydowanie potrzebowałam wsparcia. Została aż jedna osoba, do której mogę zadzwonić. 
    W komodzie naprzeciw drzwi wejściowych trzymałyśmy dziennik z kontaktami. Przewertowałam go, śledząc wzrokiem nazwiska. Ale wybór był prosty. Sięgnęłam do plecaka po nowy telefon i szybko wstukałam sekwencję cyfr.
- Tu ja. Kto mówi? - lekko skrzypiący głos z brytyjskim akcentem odebrał telefon z niebanalną niewinnością. Niemal automatycznie na moją twarz wstąpił uśmiech ulgi. Minęło mnóstwo czasu, odkąd ostatni raz rozmawialiśmy.
- Garth? To ja, Chiara.
- To nie Garth. Tu kapral James Brown. O co chodzi?
    Oderwałam telefon od ucha, spoglądając na niego z niedowierzaniem. Mogłam się pomylić w numerze...? Prawie nie było takiej możliwości. Garth znowu nad czymś siedzi. I, jak widać, wpadł w rolę.
- Okej, panie Fitzgeraldzie IV. Potrzebuję pomocy przy polowaniu. Przyjedziesz tu sam, czy mam cię ściągnąć za pomocą nowego albumu Bell Biv DeVoe?
- 221 East 70th Street, Nowy Jork?
- Niezmiennie.
- Jestem dzień drogi od ciebie, panienko. Wytrzymasz tyle?
    Zerknęłam na Castiela. Zaczynał odzyskiwać przytomność i trochę się wiercić. Choć na początku mi ulżyło, teraz znów poczułam strach.
- Pewnie. - odparłam raźno do telefonu.
- Super. Ale potem ty mi pomożesz. Poluję na coś dziwnego.
- Ta. - mruknęłam. - Poczekaj, aż zobaczysz, co ja mam. - dodałam, patrząc w całkiem przytomne, gniewne, niebieskie oczy bez dna.
--------------------------------------------------------------------
    Wiesz, dlaczego się tu pojawiłem? Bo muszę wysłuchać każdego, kto pomodli się do mnie w czwartek. Generalnie ludzie mają jakieś sprawy do załatwienia. Ale nie ty. Ty mnie ściągnęłaś, żeby spróbować mnie zabić. - pokręcił głową. - Ludzie są przedziwni. Zaczynam rozumieć motywy Lucyfera.
- To się nazywa syndrom sztokholmski. - odparłam, opierając brodę o dłoń. 
- Powiedziałbym raczej: "kreatywne myślenie". Dean mówi, że...
- Znowu będziemy zachwycać się Deanem?
    Zerknęłam na zegarek. Prowadziliśmy  konwersację w podobnym tonie już piątą godzinę. Jak widać, Dean Winchester musiał być jakimś prawdziwym mędrcem, skoro nauczał samego anioła pańskiego. 
    Pełna tego, jakże prawdziwego, podziwu siedziałam za ladą, nad kolejnym kubkiem kawy. Castiel nadal był związany, siedział grzecznie na kanapie. Nie przeszkadzało mu to wspominać o swym idolu za każdym razem, gdy zabrał głos. A zdarzało się to niezwykle rzadko. Był naprawdę dobry w cichym kontemplowaniu świata. Od czasu do czasu rzucał mi spojrzenie wnikające w głąb duszy, ale głównie wpatrywał się w plakat obok telewizora. Byli na nim Zeppelini, pozujący na tle swojego The Starship. Może był przy nich, gdy nagrywali swój pierwszy album. Albo czuwał nad resztą zespołu w The Old Mill House, gdy Bonham uciekał w ramiona Śmierci.
    Westchnęłam i pokręciłam głową, obejmując kubek szczupłymi palcami i patrząc w zamyśleniu na jego zawartość. Przez minione godziny moje obawy dotyczące Castiela malały. Po pierwszych groźbach wydawał się nieszkodliwy. Nie próbował uciec. Nie próbował mną manipulować, ani nawet roznieść moje komórki po wszechświecie. Trochę narzekał pod nosem, najczęściej rzucając mi później urażone spojrzenie, ale w gruncie rzeczy stał się dzieckiem w prochowcu. Jeżeli wszyscy aniołowie tacy byli, to nie bałabym się tak bardzo spotkania z anielskimi braćmi.
- Ile masz lat? - zapytał w końcu swoim głębokim głosem, który przyprawiał mnie o dreszcze.
- Dziewiętnaście. - odparłam bez namysłu.
- Czy ty też polujesz całe swoje życie?
- Nie. Poluję, odkąd zjawa zabiła mojego chłopaka, a jego duch nie chciał odejść na druga stronę. - nie okazałam, jak bardzo zdziwiła mnie ta zmiana nastawienia mojego małego więźnia.
- Życie łowcy zawsze zaczyna się od czegoś tragicznego.
- Co za głęboka konkluzja, Sherlocku.
    Zwiesił głowę z autentycznym smutkiem.
- Nie rozumiem tego odniesienia. - oznajmił cicho. Wytrzeszczyłam oczy. Nie nadążałam za nim. - Kiedyś wszystko było prostsze. Ludzie nie komplikowali sobie życia tak bardzo jak teraz.
- Masz na myśli swojego ulubieńca, Deana? - upiłam łyk. - Przecież chyba macie jakieś swoje tajemne kody, w tym całym... trójkącie adoracji.
- Nie powinniśmy o tym rozmawiać.
- "Podziemny krąg!" - wyprostowałam się, ignorując fakt, że Castiel potwierdził wersję gejowskiego trójkąta. Byłam podekscytowana, że mężczyzna w końcu zrozumiał, co z siebie wyrzucam.
- Co? - zmarszczył brwi.
- Co? 
    Patrzył na mnie z autentyczną niewinnością w błękcie tęczówek. 
- Jeny, jak wy się dogadujecie? - potrząsnęłam głową z rozdrażnieniem. Temu facetowi chyba poprzewracało się w głowie. Wyczuwam tutaj zaburzenie osobowości typu bordeline.
     Może sprawa Emmanuela nadal nie była dokończona i ten mężczyzna tylko siłą własnej perswazji był aniołem? A może na samym początku źle go zdiagnozowano. Nie codzień spotyka się psychopatę. Może powinnam kontynuować projekt, póki mam obiekt badań w swoim mieszkaniu?
    Co prawda pod przymusem, ale hej! Nikt się nie dowie. Może nawet on.
- Słuchaj, może wróćmy na chwilkę do tego, co się wydarzyło w Colorado, hm? - zaczęłam przymilnie, z przyjaznym uśmiechem. Dlaczego nikt nie publikuje badań, jak poradzić sobie z psychopatycznym rozdwojeniem jaźni?
    Gdyby ktoś mi powiedział, że tak bardzo nie umiem w socjologię i kontakty między... hm... ludzkie, to bym nie marnowała tylu lat na studia i zajęła się czymś innym.
    Anioł powoli odwrócił głowę w moją stronę i posłał mi spojrzenie, od którego ciarki przeszły mi wzdłuż kręgosłupa.
- Nie ma o czym mówić. Może skupmy się na tobie, na twoim postępowaniu. Jesteś lekkomyślna, samolubna...
- Muzyka dla mych uszu. - przewróciłam oczami i sięgnęłam po laptopa Avy. Bez problemu włamałam się na jej dysk główny i puściłam pierwszą piosenkę Black Sabbath, jaka wyskoczyła na Youtube. 
- Nie próbuj uciszać mnie tym... tym... tym...
- Hardrockiem. - podsunęłam usłużnie, wstając zza lady i lekkim krokiem przemierzając pokój. Zmrużył oczy. Obserwowaliśmy się jak dwa tygrysy w klatce.
- Nie pouczaj mnie. 
- Nie bądź takim dzieciakiem. 
- Dowodziłem garnizonem Pana...
- A ja skończyłam podstawówkę z wyróżnieniem, i co? Ah, beztroskie czasy młodości. - otarłam niewidzialną łzę. Castiel odwrócił głowę i z zaciśniętymi ustami patrzył w drzwi. Uznałam to za mały sukces i na powrót zajęłam się swoją kawą.
    Cisza przedłużała się i zaczynałam czuć się nieswojo we własnym mieszkaniu. Aura otaczająca Castiela była szalenie silna. Uważałam siebie za dobrego obserwatora i na ogół nieźle "czytałam" ludzi. A jednak albo anioły były niedostępne, albo ja miałam braki.
    Ze znudzeniem sięgnęłam po telefon i dwukrotnie stuknęłam w ekran. Trzy nieodebrane wiadomości. Objęłam smartfona obiema dłońmi i przesunęłam palcem po kropkach, rysując wzór. Trzy wiadomości od Gartha. Wszystkie dostarczone w przeciągu 20 minut. Żadnego nie słyszałam. Czym prędzej je odczytałam, poruszając bezgłośnie ustami.
"Jestem na lotnisku. Jak stąd wyjść?"
"Wyszedłem. Jadę do ciebie, panienko."
"To na pewno East 70th Street? Nie mogę wejść do klatki."
"Pomyliłem numery. Stoję pod drzwiami."
"Możesz otworzyć?"
    Uniosłam wzrok na łagodny brąz drewna. 
- Chyba ktoś do ciebie pukał. - odezwał się Castiel. Nie zaszczyciłam go nawet zerknięciem. Koniec naszej nici porozumienia. Sam ją zerwał, insynuując, że Dean jest ode mnie lepszym człowiekiem. 
    Podeszłam do drzwi i zerknęłam przez judasza, nim je otworzyłam. Ostrożności nigdy za wiele, a skoro nikt nie chroni moich pleców, to muszę sobie radzić, jak tylko umiem.
    A jednak wysoka, przeraźliwie chuda sylwetka mojego przyjaciela i mentora była nie podrobienia. 
    Otworzyłam drzwi.

niedziela, 11 czerwca 2017

Rozdział V.

    Byłam wściekła. Gniew szalał w mojej duszy, nakazywał zrobić coś głupiego, nieroztropnego, byle tutaj, teraz, zaraz.
    Ale nie okazywałam mojego rozsierdzenia. Bez większego problemu, z kpiącym uśmiechem na twarzy pracowałam z Emily w parze na następnych ćwiczeniach ze struktur społecznych. Była przerażona. Czułam to. Widziałam. Napawałam się tym. Każdą sekundą, gdy bała się mi przerwać monolog. Pomylić przy wypisywaniu pojęć. Mieć inne zdanie.
    Oh, rany, miałam ochotę przeciągle zamruczeć z samozadowoleniem. Nim minie południe, Emily będzie kłębkiem nerwów. Już ja o to zadbam.
    W sumie sama nie wiedziałam, dlaczego to robiłam. Jakoś tak... samo mi wychodziło. Czułam na sobie badawcze spojrzenia Jasona, pracującego z innym chłopakiem, Marcusem. I to było w porządku. Każdy ma prawo na chwilę odpoczynku. Doskonale to rozumiałam.
- Nie zgadzam się. - powiedziałam cicho, odwracając głowę, by jeszcze raz przeczytać tekst na kartce do góry nogami. Siedziałyśmy na samym końcu sali. Każda para w skupieniu pochylała się nad swoimi wykresami, szeptem wymieniając uwagi. - Według mnie podział na struktury jest niejednoznaczny i przestarzały. Teraz zbyt wiele osób wykonuje inny zawód niż wyuczony. W związku z tym podział warstwowy, zamiast pokrywać się z klasowym, stwarza całkiem inny typ.
    Uniosła na mnie przerażony wzrok. Nerwowo bawiła się długopisem, przekładając go między palcami. Przewróciłam oczami. Myślałby kto, że taka z niej wrażliwa kobietka.
- No bo kiedyś było, że należało się na przykład do klasy wyższej, warstwy inteligencji. Tak? I to był status. Byłeś wysoko. Udowodniłeś to. A teraz możesz być magistrem po pedagogice i należeć do klasy wyższej, bo twój mąż jest chirurgiem i nazywa się Strange.
- Masz rację! - gorliwie przytaknęła Emily. Ponownie przewróciłam oczami. Zdecydowanie z tą dziewczyną nie mam co liczyć na bezbłędne zaliczenie ćwiczenia. Mogłam jej równie dobrze wmówić, że ziemia jest płaska, a i tak by się ze mną zgodziła. Jeszcze raz zerknęłam na kartkę z wykresem, próbując znaleźć jakikolwiek sens w tym zadaniu.
-  Hm. Jak dla mnie, koncepcja interakcyjna jest najodpowiedniejszą formą struktury. Jak myślisz? - uniosłam wzrok.
    Dziewczyna lekko drgnęła, po czym gwałtownie zamrugała, jakby coś jej wpadło do oka. Rozejrzała się po sali i spuściła wzrok na swoje dłonie.
    Nachyliłam się do niej, przedramiona opierając płasko na stole i splatając palce. Nie mogłyśmy pracować w takiej atmosferze. Wzięłam wdech. Teraz mogłam ją zniszczyć, albo okazać miłosierdzie. Wybór był prosty.
     Lecz nie zdążyłam się nawet odezwać. Emily gwałtownie odsunęła się na krześle i wstała. W jej oczach pojawiła się czysta furia. Całkiem inna osoba niż ta, która minuta wcześniej była gotowa mi przyznać, że Stephen King napisał "Pamiętnik księżniczki".
- To ty zabiłaś Avę Sable.- oznajmiła mocnym, stanowczym głosem.
    Na sali zapadła cisza.
- Pozwoliłaś Jasonowi zostać samemu. Pozwoliłaś Avie wsiąść do tego samochodu tylko po dlatego, że byłaś zbyt wielkim tchórzem, by wejść w to samej.
    Sala wypełniła się cichym szmerem odwracających się głów. Cała klasa otwarcie się na nas gapiła.  Wszyscy byli ciekawi, co przerywa im pracę nad charakterystyką grup społecznych. A ja potrafiłam tylko siedzieć z otwartymi ustami, próbując połączyć wątki.
- Co? - udało mi się wykrztusić. Jakim sposobem doszłyśmy do tego tematu?
- Byłam tam. W tym szpitalu. Widziałam was. Widziałam, jak uciekłaś z tym chłopakiem, Winchesterem.
    Napotkałam badawcze spojrzenie Jasona, pracują cego po drugiej stronie sali. Dzięki, J, za wsparcie. Dobrze wiedzieć, że zamiast mnie wybrałeś jakąś wariatkę. 
- Wszyscy wyszliśmy razem... - zaczęłam spokojnie, gdy już otrząsnęłam się z pierwszego szoku.
- Więc dlaczego Jason wrócił sam, twoim samochodem?
- Emily, skąd ci to wszystko przyszło do głowy?
    Dziewczyna mrugnęła i jej oczy zasnuły się lśniącą czernią. Na jej twarzy wykwitnął kpiący, przerażający uśmiech tak bardzo nie pasujący do słodkiej blondynki. Drgnęłam, jakbym dostała w twarz. Śnisz. To wszystko sen, Chiara. 
    Teraz to ona nachyliła się do mnie. Za wszelką cenę, jakimś nadludzkim wysiłkiem starałam się nie dać po sobie poznać, że poprzednia furia, a późniejsze opanowanie zniknęły bez śladu, zastąpione przez lęk. Jednak twardo patrzyłam w te czarne, puste ślepia.
- Jesteś obserwowana, Chiaro Perry. Na twoim miejscu miałabym się na baczności. On nie lubi, jak krzyżuje mu się plany.
- Jaki on? - z trudem powstrzymałam drżenie głosu. - Kim jesteś? 
- Wszystko w porządku, dziewczyny? - głos Jasona wbił się między nasz dialog. Nie! Nie teraz, Jason. Błagam, nie...
    Położył dłoń na ramieniu Emily. Ta uśmiechnęła się swoim normalnym uśmiechem i czarne oczy zniknęły. Odwróciła się do chłopaka. 
- Pewnie. Trochę się pokłóciłyśmy, ale chyba doszłyśmy do konsensusu, czyż nie? - puściła mi oczko. - Przepraszam. Muszę wyjść do toalety. 
    Gdy wyszła, poczułam autentyczną ulgę. Byłam wyczerpana. Oparłam głowę o blat. 
- Wszystko w porządku, C? - w głosie Jasona pobrzmiewała autentyczna troska.
    Nie miałam ochoty tłumaczyć mu tego, co czuję. W końcu zdał kolokwium z psychologii, prawda? Powinien to umieć.
-------------------------------------------
     Skoro powróciłam do żywych i ponownie pojawiłam się na scenie towarzyskiej Hunter College, nie mogłam z dnia na dzień ponownie zniknąć. 
    Może to i lepiej. Miałam więcej czasu , żeby się przygotować. O ile mogłoby mi to pomóc. Ava zawsze powtarzała jak ważne jest rozpoznanie terenu i rozsądne działanie. Zawsze przybierałam wtedy moją minę zirytowanej nastolatki, odbezpieczałam broń i szłam przed siebie, nadsłuchując gniewnego sapnięcia Avy i jej pospiesznych kroków, by chronić moje plecy. Zawsze zapomniałam oglądać się za siebie.
    Ale tym razem musiałam się przygotować. Pierwszy raz w życiu będę przywoływać anioła. Tym razem nie interesuje mnie ten ze skrzydłami, harfą i aureolą. Tym razem moje myśli wypełniał mężczyzna w beżowym trenczu.
    Dlatego spokojnie sobie egzystowałam, ograniczając interakcje ze społeczeństwem do minimum. Profesor Mason otoczył mnie swoistą opieką, zrzucając wszystko na karb ogromnej straty, co pozwoliło błądzić moim myślom bez przeszkód. Wystarczyło, bym zaliczała ćwiczenia. 
    Minęły dwa tygodnie i Hunter College pokrył się żałobną czernią, ogłaszając Avę Marie Sable martwą. Przeżyłam szok, gdy pewnego ranka weszłam do holu, jak zwykle rozglądając się po ścianach, i moja świadomość odnotowała czarny atłas na ramach obrazów, głośnikach, filarach, flagach i sztandarze uczelni. 
    Stałam na środku holu, studenci omijali mnie, podążając w tylko sobie znanym kierunku. Niektórzy rzucali mi spojrzenia pełne współczucia, inni nie poświęcali mi nawet takiej uwagi. A ja nie byłam zdolna do wykonania następnego ruchu. Bałam się. Miałam okropne deja vu.
    Gdy rozległ się pojedynczy gong, oznajmiający godzinę 9:00, korytarze powoli pustoszały. Zmusiłam się by postąpić krok naprzód. I następny. I jeszcze jeden. Powoli zmierzałam w stronę ściany pamięci, gdzie wieszano zdjęcia studentów. Ava była jedną z tych niewymuszenie lubianych studentek, którą każdy kojarzył.
    Jej zdjęcie wisiało na środku grupy naszej specjalizacji. I było obwieszone kwiatkami, notkami i misiami.
    "Richard Stewart był jedną z tych osób, które błyszczą zawsze i wszędzie. Niezależnie od sytuacji, pory i otoczenia. Był gwiazdą koszykówki w szkolnej drużynie i redaktorem szkolnej gazetki. Aspirował na dziennikarstwo, a sport był czymś, co go odprężało. Wielokrotnie był nominowany na przewodniczącego The Beacon School, lecz zawsze rezygnował ze stanowiska. Pochodził z dobrego, zamożnego domu, ale nawet nie był wyniosły ani agresywny. Był zwykłym, dobrym dzieciakiem, uczniem drugiej klasy.
    Dlatego nie rozumiałam, czemu zaczęliśmy się spotykać. Ja, sierota z Brooklynu, raczej zajęta ciułaniem pieniążków na własny samochód i ucieczką z sierocińca, niż rozglądaniem się za chłopcami. Wydaje mi się, że wszystko zaczęło się od mojej efektownej pomyłki.
    Cała szkoła żyła pierwszym meczem w sezonie. Uczniowie mieli szansę dostać zwolnienie z lekcji, pod warunkiem, że udadzą się na mecz, nigdzie indziej. Niespecjalnie interesowało mnie śledzenie rozgrywki, więc postanowiłam uciec. Ze słuchawkami w uszach próbowałam wydostać się ze szkoły, aż w końcu znalazłam podwójne drzwi. Przeszłam przez nie, wpatrując się w telefon i szukając najlepszego połączenia z Manhattanu do New Jersey, gdy zamiast upragnionego powiewu wiatru poczułam zastałe powietrze sali gimnastycznej. Uniosłam wzrok. Fala niebiesko-białych pomponów i innych wzorów kontrastowała z żółto-zielonymi barwami przeciwników. Gracze, fani, kibice, trenerzy wpatrywali się we mnie z zainteresowaniem. A ja wtedy odwróciłam się na pięcie i oznajmiłam, że pomyliłam wyjścia. To był mój pierwszy występek w tej szkole.
    Potem Richie nieustannie kręcił się wokół mnie. Byliśmy świetną parą, doskonale się uzupełnialiśmy. Kochałam go całym sercem, był moim jedynym przyjacielem. Poznaliśmy się na meczu koszykówki i tam też nasza miłość się zakończyła.
   Umarł na zawał na środku boiska, w ostatni mecz sezonu. Trzymałam go w ramionach, bezradna, zrozpaczona, samotna wśród tłumu. Nikt nic nie zrobił, gdy ich gwiazda wydawała ostatnie tchnienie. 
    Później w szkole zaczęły dziać się dziwne rzeczy. Szafka Richiego nieustannie się otwierała. Jego zdjęcie ciągle spadało, światła migały, przedmioty zmieniały miejsce. Elektronika w tablicy wyników szalała. Nie mogłam znieść współczujących spojrzeń. Uciekałam z lekcji. 
    Jednego razu przechodziłam obok szafki mojego chłopaka. Ołtarzyk, który uczniowie zorganizowali sami, rozkwitał. Zatrzymałam się przed nim, wpatrując się w nasze wspólne zdjęcie. Wtedy pojawił się on. Pełen kolorów, energii i złości. Jakimś cudem na korytarzu pojawiła się Ava, której wtedy nawet nie znałam. Odgoniła go torbą z żelaznymi ćwiekami. 
    A potem w moim życiu pojawił się Garth, pomagając nam odesłać ducha Richiego Stewarta w zaświaty."
    Czy tak samo będę musiała postąpić z ciałem Avy?, zastanawiałam się, obserwując ołtarzyk, tak niesamowicie podobny do tego sprzed lat.
    Odwróciłam się na pięcie. Nie mogłam tego odwlekać. Dzisiaj był właściwy czas, by to zrobić. Pchnęłam podwójne drzwi prowadzące na zatłoczoną ulicę i wypadłam między ludzi. Już nie miałam ochoty dłużej udawać poprawnych stosunków społecznych. Wymijałam ludzi, patrząc wprost przed siebie na trąbiące, żółte taksówki, biznesmenów wskakujących do lśniących wozów, matki, kurczowo trzymające swoje niesforne dzieci za rękę, by przypadkiem nie wpadły pod koła nieroztropnego kierowcy. Codzienny chaos, w którym żyłam, nijak miał się do furi, która kumulowała się we mnie, którą czułam, pulsującą jak świeża rana.  
    Wstąpiłam do dyskontu. Potrzebowałam błękitnych świec i szałwii. Dwa pozostałe składniki niezbędne do kadzidła już posiadałam. Na szczęście niewiele osób robi duże zakupy w czwartkowe popołudnia. Mogłam niemal bez przeszkód skupić się na swoich planach.
    Gdy tylko przekroczyłam próg mieszkania, odrzuciłam plecak na ziemię i zatrzasnęłam za sobą drzwi. Zrzuciłam kurtkę, zostając w białej koszulce i dżinsach. Podeszłam do okien, zasłaniając rolety i zostawiając pokój pogrążony w półmroku, zwinęłam dywan w rulon i przesunęłam szklany stolik sprzed telewizora na środek pokoju. Nakryłam go białym obrusem i ustawiłam zakupione świece w rzędzie. Szybko wymieszałam zioła w moździerzu i również zostawiłam je na stole.
    Przygryzłam wargę. Odwaga powoli ze mnie spływała. Związałam włosy w lekki kok i strzeliłam kostkami w karku, by dodać sobie animuszu. Usiadłam na podłodze i kolejno odpaliłam świece, recytując tekst znaleziony w księdze.
    Płomyki delikatnie zadrżały, jakby powiewały na wietrze. Kadzidło wybuchnęło płomieniem i teraz powoli się dopalało.
- Może coś pomyliłam...? - mruknęłam do siebie, zerkając na tekst w ręce. O ile pamiętałam, wszystko zrobiłam dobrze. A mimo to zaklęcie się nie udało. Pomimo znalezienia go w potwierdzonym źródle, okazało się niewypałem. Gniew ponownie we mnie zawrzał. Jason oczywiście miał rację. To wszystko jedna wielka bzdura.
    Uniosłam się, przewracając stół i zrzucając z niego wszystkie artefakty. Kopnęłam miseczkę z popiołami, rozsypując je po całym pokoju.
- To ty. - niski głos rozległ się w całym pokoju. Zamarłam. O rany. Udało mi się. Przywołałam anioła. Odwróciłam się, powoli, nieśpiesznie.
    Brunet w beżowym trenczu opierał się o kanapę, obserwując rozgardiasz panujący w mieszkaniu. Zmierzył zainteresowanym spojrzeniem wszystkie księgi, nieco nieufnym zerknął na laptopa i w końcu ponownie spojrzał na mnie.
- To było bardzo nierozsądne. - oznajmił.
- Tak sądzisz? Wydaje mi się, że teraz jesteś moją własnością. - odparłam z większym animuszem niż czułam. Uniósł brwi.
- Masz rację, wydaje ci się. Bo widzisz, to, czego użyłaś, to bzdura. Przybyłem, bo usłyszałem swoje imię i wielką desperację.
- W takim razie dobry z ciebie aniołek. A teraz odpowiedz mi na pytanie. Gdzie jest...
- Ava. - dokończył. - Nie wiem tego. Może powinnaś ją zapytać.
- Doskonale wiesz, że nie mogę. Twoje ogary ją uprowadziły!
- Posłuchaj mnie, głupia dziewczyno. Każdy inny anioł już dawno odesłałby cię w inny wymiar, zamiast znosić twoje humory. Anioły nie są od odpowiadania na pytania, na które już znasz odpowiedź. Przed nami kolejna Apokalipsa, a ty myślisz tylko o sobie.
- W zasadzie uwięziłam cię, więc...
    Castiel zrobił krok, a potem następny, wychodząc z narysowanych sigilów. Mój przerażony wzrok chyba go rozśmieszył.
- Chciałaś zatrzymać anioła z pomocą tego? Dobry Boże. - pokręcił głową. - Nie wiem, jakim sposobem chcesz przeżyć następne 24 godziny.
    Chwyciłam laptopa i zdzieliłam go w głowę. Upadł na ziemię bez świadomości, a tuż obok niego mój zepsuty komputer. Castiel już się nie śmiał. Złapałam się za głowę, uświadamiając sobie, co zrobiłam.
    Przecież on mnie zabije. Miałam nad sobą panować.

niedziela, 21 maja 2017

Rozdział IV.

    Czyjeś łomotanie do drzwi próbowało przebić się przez Anthrax, zapętlone i puszczane od przedpołudnia w takiej ilości decybeli, że mnie samą zaczynała boleć głowa. Wściekłe uderzenia w drewniane drzwi wtapiały się w tło Catharsis. Nie zamierzałam jednak podnosić się z kanapy. Leżałam na niej już parę godzin, z kocykiem splątanym gdzieś między kostkami, wpatrując się w sufit.
    No dobra, może nie parę godzin, ale dzień. Lub dwa. Doprowadzałam sąsiadów do szewskiej pasji kolejnymi albumami trashmetalowych lub rockowych zespołów. Mogłam się założyć, że już na pamięć znali "Carry On Wayward Son" i nie byli tym zachwyceni.
- Chiara, otwórz drzwi. - stanowczy głos Jasona nie wymagał krzyku, bym go usłyszała ponad głosem Scotta Iana. - Perry. Otwórz. Te. Drzwi. Nie żartuję.
    Dawał się zbywać dwa dni. Po powrocie do domu wysłałam mu krótkiego maila, w którym poinformowałam go o utracie telefonu, Avy i mojej chęci do życia. Dałam mu również do zrozumienia, że nie jest mile widziany. A mimo to przychodził. Jednak najwyraźniej gdy kolejny raz został zignorowany, chyba stracił cierpliwość. Nie minęła chwila, gdy drzwi stanęły otworem, a w nich Jason. Uniosłam głowę, lustrując chłopaka wzrokiem.
- Geez, Manns, kiedy nauczyłeś się włamywać do domów?
- Kiedy moja dziewczyna zapadła się pod ziemię na tydzień. - zamknął za sobą drzwi i schował wytrych do kieszeni. Oparłam głowę o poduszki, podsuwając kocyk do pasa.
    Znaleźć mnie zabarykadowaną we własnym mieszkaniu bez oczu podkreślonych eyelinerem to jedno.
    Znaleźć mnie zabarykadowaną we własnym mieszkaniu bez oczu podkreślonych eyelinerem i z nabitym visem w dłoni to całkiem coś innego. Tylko czarny pistolet z brązową rękojeścią, który lata temu wypatrzyłam w sklepie ze starociami, a który okazał się bronią należącą niegdyś do majora Wojska Polskiego towarzyszył mi w moim planowaniu zemsty.
   Jason przeszedł dwa metry, dzielące drzwi od centrum pokoju dziennego, krzywiąc się nieznacznie na widok bałaganu panującego na dywanie za sofą. To było nasze pierwsze spotkanie od tamtej tragedii w psychiatryku. Nie wyglądał na złego, ani nawet zawiedzionego. Wyglądał na cholernie zmartwionego. Poczułam, że moje oczy robiły się mokre. A słabość to ostatnie, czego teraz potrzebowałam.
    Jason przysiadł na skraju kanapy, chwytając moje kostki i układając je sobie na kolanach. Przesunął spojrzeniem po moich nagich ramionach. Przez jego twarz przemknął cień, gdy dostrzegł siniaki w kształcie dużych, męskich dłoni. Jednak nie powiedział nic. Pogładził moje bose stopy, wlepiając we mnie spojrzenie brązowych oczu. Skubany zawsze tak robił, by mnie rozmiękczyć. A ja nigdy nie umiałam mu odmówić.
- Nie powinieneś tu przychodzić. - mruknęłam, odwracając wzrok. Nie rozklejaj się, Chiara.
- Opowiedz mi. - jego miękki głos łagodnie przenikał mój przesiąknięty zemstą umysł. Pomimo nakazującego tonu, chciałam mu wszystko wyznać z własnej woli... Tylko dlatego, że poprosił.
    Cholerny manipulant.
- Nie będę się przed tobą uzewnętrzniać, J.
- To dobrze, bo nie jestem psychologiem. - oparł się wygodnie i spojrzał w czarny ekran wyłączonego telewizora. Potem zaczął kontemplować wnętrze mieszkania, jakby nie spędził tutaj tysięcy godzin.
    Szara kanapa, dwa fotele. Szklany stolik pośrodku i 32-calowe cudo Avy na ścianie. Tuż za kanapą dywan z długim włosiem, czarny, z zatrważająco wysoką ilością okruszków z chipsów wewnątrz. Komoda z laptopem i głośnikami, trzy regały książek. Po prawej lada, wysokie krzesła, lodówka i niewielka kuchnia. Wszystko w odcieniach czerni, szarościach, bielach. To wszystko można było zobaczyć tylko stając w drzwiach wejściowych. Jason znał to mieszkanie lepiej niż swoje własne. Ale on wcale nie poznawał wnętrza.
    Szukał Avy.
- Więc to byli ci Winchesterowie? - odezwał się cicho, gdy znalazł pilota od wieży i przyciszył muzykę.
    Skinęłam głową, nie mogąc opanować dreszczu, który przebiegł mi po plecach. Zacisnęłam dłoń wokół rękojeści visa. Pomyśleć, że to byli moi idole. Nieosiągalne wzory, nieustraszeni, zdeterminowani amerykańscy łowcy.
    A tak naprawdę dwóch łajdaków o ponadprzeciętnej pewności siebie. Potencjalni samobójcy. Znałam łowców takich jak oni, którzy ginęli szybciej niż zdążyli powiedzieć: "zmiennokształtny".
- Hm. Wyglądali na takich.
    Uniosłam brew, nakazując mu rozwinięcie tematu.
- No proszę cię. Ten typ: "Skrzywdzisz mojego małego, słodkiego kotka, to ja skrzywdzę ciebie. Bardzo, bardzo mocno"...
- Tylko bez nawiązań do "Suicide Squad", J.
- ... nawiasem mówiąc, to twój typ.
    Posłałam mu gniewne spojrzenie. Sam fakt, że opis Winchesterów wyrwał się z moich myśli w moje słowa mnie zirytował. A dodatkowo Manns zaczyna odstawiać psychoanalizę.
- Ależ tak, Perry. Joker, Harry Hole i ten cały... Łowca demonów z tatuażami...
- Herondale! - burknęłam.
- Właśnie. Ty uwielbiasz badboyów. Dlatego na zawsze będziesz mnie friendzonować.
- Ale oni wszyscy... Wszyscy są bohaterami książek, J. Nie istnieją.
- Sam i Dean Winchester też byli mitycznymi postaciami, pamiętasz? Da się w ogóle wywołać Apokalipsę? No i według Gartha ten cały Dean umarł ze 3 razy. Albo koleś wygrał dziwny los w Joylandzie, albo nie wiem...
    Musiałam przyznać, że Jason miał natchnienie. I miał gadane. To on był naszym przedstawicielem w, hm, niemalże wszystkim. Ja, z moim niewyparzonym językiem i Ava, z tą całą niechęcią i pogardą względem rozmówcy rysującą się na twarzy byłyśmy jak doktor Jekyll przy panu Haydzie.
- ... no i ten cały anioł, z którym się kumplują. To znaczy, wiem, że ty wierzysz że anioły istnieją, Chiara, ale serio? Anioł zstąpił z Nieba, by wyciągnąć nieznanego mu ziomka z Piekła? Wyobraź to sobie: Bóg wraca z pracy do domu, chciałby sobie odpocząć, obejrzeć trochę Netflixa, ale nie może! Otwiera drzwi, a nadąsany Michał przybiega z tekstem "Tato, bo Lucyfer psuje moje zabawki!". No to idą do Lucyfera, a on wisi nad Afryką i maluje ludzi czarnym markerem. No i bum, mamy Murzynów. Bóg już ma dać szlaban Luckowi, gdy wchodzi Rafał i nakazuje im wszystkim ciszę, bo studiuje jakieś tajemne księgi kto wie czego, ale teraz nazywalibyśmy go kujonem. Gabriel daje rockowy popis na elektrycznej gitarze i wywołuje na Ziemi burzę, a Luci to wykorzystuje i zabija sobie kilka kolejnych zabawek. Bóg wyrzuca go z domu, czyli strąca z Nieba i już chciałby po prostu napić się kawy, mniejsza o Netflix, gdy wchodzi kolejny syn i mówi, że zakochał się w przypadkowym Ziemianinie i zamierza go uwolnić z Piekła. I co mówi Bóg w tym momencie? Castiel, rób co chcesz.
    Usiadłam i wyprostowałam się, patrząc w dal. Łączyłam wątki.
- Castiel jest aniołem. - szepnęłam.
- Co? - Jason stracił wątek. Chyba się nie spodziewał, że go słucham.
- Skąd ci się wzięło to imię?
- Castiel? Nie wiem. Skończyły mi się anielskie imiona, przecież wiesz, że jestem niewierzący. - zaśmiał się niepewnie. Chyba troszeczkę go przerażałam. - Ten cały Emmanuel nazywał tak siebie, tak czy nie?
- Emmanuel Allen to Castiel. Castiel to przyjaciel Winchesterów. Nic mi się nie przywidziało w szpitalu....  Możesz próbować przywołać anioła modlitwą... Ale czy jest jakieś skuteczne, szybsze zaklęcie?
    Odrzuciłam kocyk i stoczyłam się z kanapy, lądując w przykucu.
- Chiara! Czy to broń?
    Shit. Zapomniałam o visie. Zabezpieczyłam go i rzuciłam na łóżko, po czym szybkim krokiem przemierzyłam pokój, podchodząc do regałów. 
- "Sabrina, nastoletnia czarownica"... Co to robi w dziale z urokami?! "Harry Potter"?
- Chiara, myślisz, że co robisz? - Jason usiadł bokiem, opierając ramię o oparcie i przyglądając mi się badawczo. Przesuwałam palcami po grzbietach książek, z głową pochyloną na bok. Bezgłośnie poruszałam ustami, odczytując tytuły książek. Powinniśmy z Avą wprowadzić jakiś katalog, cokolwiek, bo nie mogłam się odnaleźć wśród tych półek. 
    Stanęłam na palcach, próbując dojrzeć coś na najwyższej półce. Zazwyczaj przeklinałam mój niski wzrost, a tym razem nie było inaczej.
- Muszę znaleźć... - urwałam, gdy zobaczyłam dwa wyrazy wytłoczone w brązowej skórze. Czubkami palców udało mi się sięgnąć po tytuł. - "Protegentibus sigils". Jason, umiesz w enochiańskim?
    Odwróciłam się do przyjaciela z grubą księgą w ręku. Wpatrywał się we mnie z lekko rozchylonymi ustami. We mnie? Na wszelki wypadek obejrzałam się za siebie. Pusto. Uniosłam brew.
- Jason, dobrze się czujesz? Zadałam ci pytanie...
- Chiara... - Manns podniósł się i powoli, z wahaniem podszedł do mnie. Stanął przede mną i wykonał ruch, jakby chciał mnie objąć, ale zrezygnował w ostatniej chwili. Zmarszczył brwi, jakby intensywnie się nad czymś zastanawiał. Spuścił wzrok i pokręcił głową. - Zupełnie nie rozumiem, o czym ty mówisz. O co ci chodzi z tym całym Castielem? Oblaliśmy ten projekt, Berkley powiedział, że da nam następny temat. To nie nasza wina, że ten świr uciekł ze szpitala. Przestań o tym myśleć.
- Ten świr jest aniołem. - rzuciłam i wyminęłam przyjaciela. Zaczynał mnie irytować swoją ignorancją. Odwrócił się za mną, wyrzucając ramiona w powietrze.
- Aniołem? Chiara, anioły nie istnieją. 
- Jak możesz akceptować istnienie duchów, wampirów i czarownic, ale nie wierzysz w anioły? Jesteś ignorantem!
- Staram się myśleć trzeźwo, okej?! Ziemia ma mnóstwo tajemnic, więc akceptuję zjawiska nadprzyrodzone. Ale Piekło, Niebo? To jakieś chrześcijańskie brednie.
- Tak się składa, że jedno z tych "chrześcijańskich bredni' porwało twoją przyjaciółkę.
    Może nie była to do końca prawda, ale on nie musiał o tym wiedzieć.
- Anioł porwał Avę? - uniósł brwi. - Przecież to Winchesterowie wrzucili was do samochodu...
- Rany, Jason, musisz być taki drobiazgowy? Rzecz ma się tak, że jak odnajdę Castiela, to odnajdę Winchesterów. A wtedy znajdę też Avę.
    Położyłam książkę na ziemi, zastanawiając się, czy będę potrzebować więcej tomów, czy będę miała szczęście i znajdę zaklęcie już w tym.
- Chiara, zachowujesz się, jakby Ava już umarła. Znajdzie się. Jest łowczynią. Sam i Dean podobno też. Nie mają żadnego biznesu w zabijaniu jej. Musisz się ogarnąć.
- Nie zależy ci na niej? - odwróciłam się do przyjaciela. Nie mogłam uwierzyć w jego nonszalancję. Nie teraz.
- Nie było cię trzy dni. Nagle wracasz i piszesz jednego cholernego maila... a potem nie dajesz znaku życia przez resztę tygodnia. Nie chodzisz do pracy, na zajęcia, nie odpowiadasz na wiadomości. Nie otwierasz cholernych drzwi. Siedzisz sama z muzyką i pistoletem. Robisz z siebie ofiarę, Perry. Zniknięcie Avy tylko ci pomogło w zostaniu primadonną. - wpatrywał się we mnie z furią w oczach. Cofnęłam się krok, lub dwa, dopóki nie wpadłam na kanapę. Chwyciłam się jej kurczowo, jakby słowa Jasona miały zbić mnie z nóg. - Jeżeli to jest twoja prawdziwa twarz, to ja rezygnuję. Bo moja Chiara nie planowałaby zemsty. Żyłaby dalej, a gdyby nadarzyła się okazja, uderzyła z całą siłą. Ale ta dziewczyna, która stoi przede mną... Naoglądała się chyba za dużo Nastoletniej Marii Stewart.
    Podszedł do drzwi. Nie śledziłam go wzrokiem. Wpatrywałam się w dywan, a poczucie winy i żal wypełzały z żołądka, wydzierając powietrze z płuc i zaciskając się na gardle. Gorące łzy wciskały mi się w oczy, by niekontrolowanie spłynąć po policzkach i zostawić mokre ślady na koszulce i spodenkach. Jason stał niewzruszenie z ręką na klamce.
- Chiara Perry, na którą mogłaby liczyć Ava, nie jest tchórzem.
    Wyszedł z mieszkania, zostawiając mnie samą. No, może nie do końca samą. Strach, poczucie winy, żal, rozgoryczenie, tęsknota, niemoc wisiały w powietrzu, dusząc mnie, ograniczając moją wolność. Zgięłam się w pół, opadając na podłogę, spazmatycznie łapiąc powietrze i krztusząc się łzami.
    Zostawiłam Avę samą. A zasada numer 1 mówiła jasno: Nie zostawiaj jej samej.
------------------------------------------------------------------
    Minął kolejny dzień, zanim udało mi się na dobre opanować. Moja twarz nie była już opuchnięta od płaczu, na oczach ponownie zawitał makijaż. Wcisnęłam się w jasne rurki i dżinsową kamizelkę, chwyciłam półlitrowego zielonego monstera i punkt 9:30 stawiłam się przed podwójnymi drzwiami uczelni. Siniaki na moich ramionach powoli bledły, wyglądały teraz jak szare plamy na mojej jasnośniadej skórze Podsunęłam okulary przeciwsłoneczne na czubek głowy, zadzierając brodę w górę. Cztery piętra niespełnionych ambicji.
    Wzięłam głęboki wdech i powoli wypuściłam powietrze. Polowanie na potwory jest łatwiejsze niż powrót do życia.
     Szłam nieśpiesznie korytarzem, mijając stojące gabloty z pucharami i medalami, ściany z dyplomami oprawionymi w ozdobne ramy, olejne obrazy byłych rektorów. Ta szkoła mnie przerażała. I fascynowała. Mijałam ludzi, których znałam, a którzy niekoniecznie znali mnie. I vice versa. W czasie, gdy mój świat wywrócił się do góry nogami, tutaj wszystko płynęło niezmiennym nurtem. Cieszyłam się z tej ostoi spokoju.
    Weszłam do sali i zajęłam jedno z pojedynczych stolików ustawionych w półkolu. Etyczne problemy zawodu socjologa to jedne z tych ćwiczeń, na których każdy musiał zabrać głos, więc siedzieliśmy w kręgu, aby każdy był równy. Brzmiało spoko, dopóki miałeś o czym mówić.
- Cześć. - Jason rzucił swój plecak na ławkę obok i sam opadł na siedzisko. Wyciągnęłam słuchawkę z ucha i posłałam mu uśmiech. Już otwierałam usta, by odpowiedzieć na przywitanie, gdy odkryłam, że Manns wcale nie mówił do mnie. Patrzył w bok, na Emily, przemiłą dziewczynę, z którą mieliśmy większość zajęć. Uniosłam brwi, gdy roześmiana Emily załapała mój wzrok ponad ramieniem Jasona. Szybko usiadła i rzuciła cicho kilka słów do mojego przyjaciela. Ten pokręcił głową i sięgnął po zeszyt do plecaka. Nawet na mnie nie spojrzał.
- Panna Perry! Dobrze cię znowu widzieć. - głęboki głos mojego ulubionego młodego wykładowcy, pana Masona, rozbrzmiał mi nad głową. - Mam nadzieję, że lepiej się już czujesz. I że nie zarażasz. - uśmiechnął się szeroko, odsłaniając białe zęby. Zerknęłam na niewzruszoną minę Jasona. A więc krył mnie, zanim stracił do mnie cierpliwość. Ledwo co pozbyłam się negatywnych uczuć, które gromadziły się ze mną od czasu drogi powrotnej z Pensylwanii, a teraz powróciły z podwójną siłą. Lecz nie nazywałabym się Chiara Perry, gdybym nie umiała tego zamaskować.
- Tak. Jest lepiej. - odparłam, odwzajemniając uśmiech. - Dzięki.
    Ale wcale nie było. Czułam, jak spadam.