niedziela, 9 lipca 2017

Rozdział VII.

    Garth Fitzgerald IV był człowiekiem, którego niełatwo było wytrącić z równowagi. Zawsze potrafił się odnaleźć w sytuacji, nawet jeżeli nic na to nie wskazywało.
- Garth! - rzuciłam mu się na szyję, czując, jak zalewa mnie fala ulgi. Teraz wszystko będzie dobrze.
    A jednak mężczyzna nadal stał bez słowa w drzwiach mieszkania, lekko obejmując mnie w pasie i nie odrywając spojrzenia od Castiela, jakby próbował sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek spotkał taką istotę. Ten również milczał, ale jego wysoko uniesiona brew mówiła sama za siebie. "Tracę cierpliwość, dzieciaku."
    W końcu Garth odsunął mnie na odległość ramienia i zamknął drzwi, oczyszczając cicho gardło. Skrzyżowałam ramiona na piersi, przybierając na twarz uśmiech pełen wyższości. Ha, Fitzgerald był pod wrażeniem!
    Jego niebieskie oczy odszukały moje, zielone, a potem skinął głową w kierunku Castiela.
- To jest twoje polowanie, Chiaro?
   Przytaknęłam z dumą.
- Hm. Niezły okaz, nawet jeżeli małomówny. Gdzie go złapałaś?
- Ściągnęłam go tutaj za pomocą zaklęcia.
- Już ci mówiłem, że to nie zaklęcie, tylko twoje błaganie... - wtrącił anioł.
- Czy ja dobrze widzę? Związałaś go?
- Tak. Wierz mi, tak jest lepiej.
- Hm. - mruknął cicho, ogarniając spojrzeniem bałagan naokoło. - Hm. - Przysiadł na skraju kanapy, nachylając się do Castiela i szepcząc konspiracyjnie. - Nastolatki. Coraz odważniejsze, nieprawdaż?
    Oszołomiony wzrok Castiela mówił sam za siebie. Ja również traciłam wątek. Garth wstał i zaczął się przechadzać przez pokój, stykając przed sobą długie palce.
- No cóż, Chiaro. Dziękuję za zaproszenie, chociaż mogłaś to zrobić przez telefon, zamiast ściągać mnie tu osobiście. Chyba jesteś troszeczkę za młoda na te perwersje, nie sądzisz? Na ogół nie mam nic przeciwko temu typowi znajomości, ale czułbym się niezręcznie, jako twój niemalże starszy brat.
    Westchnął jeszcze raz i odwrócił się do mnie.
- Wiedz, że akceptuję cię taką, jaką jesteś. I twojego nowego chłopaka oczywiście też. A teraz pozwolisz, że go uwolnię? Seksualne gierki nie sprzyjają początkom męskich przyjaźni.
    Szybko podszedł do Castiela i zdjął mu sznury, którymi obowiązane były anielskie nadgarstki. Potem podał mu dłoń i dźwignął go do góry. Castiel potarł skórę, jakby te kilka godzin w węzłach zrobiło mu różnicę.
- Jestem Garth Fitzgerald IV, przyjaciel i mentor tej oto tutaj obecnej Chiary. A ty jesteś zapewne jej nowym towarzyszem zabaw?
    Spojrzenie Castiela było tak pełne pogardy, że aż mnie zabolało.
- Jestem aniołem, ty ośle. - potrząsnął głową, a potem spojrzał na mnie. - Tym razem ci daruję Chiaro Perry. Ale nie waż się tego powtórzyć nigdy więcej, bo będę musiał cię zniszczyć.
    To powiedziawszy, poprawił poły płaszcza i wymaszerował z mieszkania jak najzwyklejszy człowiek na ziemi. Garth zerknął na mnie.
- To chyba rozwiązuje twój problem, czyż nie?
---------------------
    Cierpki posmak porażki zatykał mi gardło. Siedziałam obrażona za kierownicą Johnny'ego z Garthem jako pasażerem. Linkin Park huczał w głośnikach. Chłopak rzucał mi co jakiś czas kontrolne spojrzenie.
- Hm, Chiaro...
- Nawet się nie odzywaj. - przerwałam mu, wystawiając palec wskazujący w górę i nie odrywając spojrzenia od drogi.
- Ale Chiaro...
- Nie masz pojęcia, jak się natrudziłam, żeby go złapać. A ty - ot tak! - pozwoliłeś mu wyjść.
- Sama mówiłaś, że jak nie jeden, to drugi...
- To nie ja, to Ava. - zacisnęłam wargi w cienką linię, zerkając w lusterko boczne, po czym zmieniłam pas. - Poza tym to naprawdę był anioł.
- Pamiętasz, jak udzielałem wam lekcji o potworach? Wspomniałem wtedy coś o aniołach?
- To nie oznacza, że nie istnieją, Garth! - puściłam kierownicę, by poprawić grzywkę we wstecznym lusterku. Fitzgerald gwałtownie sięgnął po kółko. 
- Łapki precz od kierownicy. - warknęłam, kładąc swoją dłoń na "11". Garth uniósł brwi i cofnął się na swoje miejsce.
- Dlaczego nie mogliśmy lecieć samolotem, tak jak ja w tę stronę? - zapytał po chwili z niemal niesłyszalnym wyrzutem w głosie. Garth nigdy nie pozwoliłby sobie na jawną niechęć. Nie byłam pewna, czy on nawet znał takie uczucie jak niechęć.
- Bo nie przeszlibyśmy przez bramkę z tą ilością broni, którą zabraliśmy, kapralu. - rzuciłam z przekąsem.
    Chyba zadowoliła go ta odpowiedź, albo po prostu się znudził rozmową, bo wyjrzał przez okno, nieświadomie kiwając stopą w takt Numb. Przez dłuższą chwilę jechaliśmy w ciszy. Ponownie zmieniłam pas, by bez przeszkód móc zjechać na lewo, w kierunku Wirginii Zachodniej. Uważałam się za dobrego kierowcę i tak się też czułam. Moim przeznaczeniem jest mknąć Route 66 w stronę wschodzącego słońca z uczuciem wolności i możliwości w sercu, najlepiej z Def Leppard w głośnikach. 
- Co tak właściwie robiłeś w Kansas? - zapytałam, gdy piosenka przeskoczyła na coś, czego nie znałam. Przyciszyłam radio.
- Polowałem.
- Kansas jest na środku niczego. Jak ci się chciało? 
- Byłem tam w biznesach. - odparł równie lakonicznie jak przedtem.
- W biznesach? Ciekawe jakich.
- Jako iż jesteś nowicjuszem w sprawach bondage, a ponadto nadal jesteś niepełnoletnia, pozwól, że uchylę się od odpowiedzi.
    Szczęka mi opadła. Do końca drogi już o nic nie pytałam, oprócz pojedynczych próśb o wskazanie drogi. W pewnej chwili zmieniliśmy się miejscami, bym mogła nieco zregenerować siły. Zużyłam jej niemało na utrzymanie stabilnego zdrowia psychicznego.
    Mniej więcej na wysokości Saint Louis w Missouri Garth oddał mi kierownicę, samemu zapadając w sen. Zmierzchało, gdy kilka godzin później, przy cichym akompaniamencie "A Beautiful Lie" wjechałam na parking piętrowego budynku w odcieniach różu i fioletu. Chyba najbardziej gejowski motel w okolicy, pomyślałam, odczytując napis: "Mark & Diana's Last Resort Motel." Zaciągnęłam ręczny i nachyliłam się nad kierownicą, zerkając sceptycznie na balkon. Znając Gartha, powinnam spodziewać się czegoś ekstrawaganckiego.
    Chłopak spał w fotelu pasażera, z głową zwieszoną na piersi. Nie sądziłam, że da się tak oddychać, a co dopiero przeżyć, ale najwyraźniej Garth był ulepiony z innej gliny.
- Garth. - potrząsnęłam jego ramieniem.  Nieśpiesznie rozwarł powieki. - Ponownie w Kansas, Toto.
    Przez chwilę na mnie patrzył, a potem wzruszył ramionami i wysiadł. Obejrzałam się za nim, gdy podszedł do bagażnika i nieśpiesznie go opróżniał z broni i książek. Wyjęłam kluczyki ze stacyjki i podążyłam za nim.
- O co chodzi? - zapytałam, sięgając po swoją podręczną torbę i zarzucając ją sobie na ramię. Łowca zatrzasnął bagażnik. Ponownie wzruszył ramionami.
- Ostatnio bardzo mi kogoś przypominasz. - zmarszczył brwi. - Ale to niemożliwe, bo raczej nigdy się nie spotkaliście. - potrząsnął głową. - Nieważne. Chodźmy do środka.
     Tak jak mogłam się spodziewać, w wyposażeniu apartamentu było jacuzzi. Posłałam pytające spojrzenie przyjacielowi. Odstawił na ziemię ciężkie torby i zamknął za sobą drzwi.
- Znasz mnie. Nie będę sobie odmawiać relaksu przy trudnej robocie.
- Okay. - uniosłam brwi, siadając na łóżku i krzyżując nogi. - Na co polujemy?
- Nie mam pojęcia. - rozłożył ręce, a potem pokrótce przedstawił mi dotychczasowe wyniki śledztwa.
- W takim razie spaliłeś kości Jenny Greentree, a mimo to dzieciaki nadal giną? - gdy Garth skinął głową, przytakując, uniosłam wzrok na sufit, szukając natchnienia. - Jakieś rzeczy prywatne? Dom?
- Była bezdomna.
    Położyłam się, rozrzucając ręce.
- Więc dwa duchy?
- Nie wiem. Chyba będziemy potrzebować wsparcia.
- Jutro musimy iść do prosektorium, sprawdzić ciało. - zarządziłam, ziewając. - Do kogo chcesz dzwonić?
- Mam kumpla, który jest mi coś winien. - odparł Garth, sięgając po telefon i wystukując numer. Uniosłam się na łokciach, podsłuchując. - Hej, tu Garth. Garth, Garth Fitzgerald IV. Pracowaliśmy razem przy sprawie tego demona? Wisisz mi przysługę? - najwidoczniej kumpel Gartha nie pamiętał, że jest jego kumplem. - Chcę spieniężyć ten żeton, stary. Coś się dzieje w Junction City, Kansas. Dobra. Widzimy się jutro. Narka. - spojrzał na mnie. - Załatwione. Teraz spać.
    Następnego dnia udaliśmy się do prosektorium. Przyodziałam mój formalny strój. Garth uparł się, że będzie działał pod inną przykrywką i wskoczył w piaskowy mundur wojskowy. Przewróciłam oczami na jego widok, ale ten upierał się, że w ten sposób mamy większe szanse.
    Do budynku szpitala weszliśmy ramię w ramię.
- Agentka federalna Herondale - rzuciłam w ramach przywitania, okazując sfałszowaną odznakę. Potem wskazałam na Gartha. - To jest kapral James Brown, kuzyn zamordowanego, Trevora McAnn.
    Pani w recepcji pokierowała nas do kostnicy. Drzwi otworzył nam lekarz podchodzący pod 50. Był wysoki i stanowczy, choć nieco zmęczony życiem. Nic nie powiedział na widok Gartha w mundurze, natomiast mnie zmierzył ciekawskim spojrzeniem.
- Nie za młoda na fedzia? - zapytał. Zmrużyłam oczy.
- Nie sądzę. Możemy zobaczyć ciało?
- Jak sobie pani życzy. Mam nadzieję, że nie jadła pani śniadania.
- A ja mam nadzieję, że ma pan już dyplom w uznaniu za seksistowskie żarty.
    Bez słowa otworzył chłodnię i wysunął z niej ciało przykryte białym prześcieradłem. Widziałam zwłoki już wiele razy i nie robiły na mnie ogromnego wrażenia. Avie zdarzało się reagować.
- Doktorze, mogłabym zobaczyć akta? - zapytałam, gdy obejrzeliśmy już zwłoki.
- Którego z chłopców?
    Wymieniliśmy z Garthem zdziwione spojrzenia.
- Nie wiedzieliście państwo? Wczoraj w nocy został znaleziony drugi z chłopców McAnnów. Ogromna strata.
- Nie sądziłam, że już wykonaliście badanie. - odparłam, z powodzeniem ukrywając zaskoczenie. - W takim razie proszę mnie prowadzić do drugich zwłok. James, zostajesz tutaj?
    Garth przytaknął z zaciśniętymi ustami. Wchodził w rolę.
- Mój asystent, Jeremy, wskaże pani drogę. Jeremy, daj pani akta Raya.
    Młody chłopak w białym fartuchu skinął głową i wskazał mi drzwi.
- Znałeś ich? - zagaiłam po drodze.
- Taa. Wszyscy znali Raya. Był super ziomem.
    Przysięgam. Nie miałam jeszcze dwudziestu lat, a już nie rozumiałam połowy bełkotu dzisiejszej młodzieży. Kto mówi "super ziom"?!
- A jego brat, Trevor? Też był popularny?
- Był dziwny. - odparł Jeremy, jakby to wszystko tłumaczyło. Wręczył mi cienką, żółtą teczkę z aktami. - Ale martwy wygląda jeszcze dziwniej.
    Zostawił mnie samą z ciałem. Zerknęłam niepewnie na kształt. Wzięłam głęboki wdech i podeszłam do stolika. Uniosłam płachtę materiału.
    Jego brzuch i klatka piersiowa zostały dosłownie rozerwane. Krwawe strzępy w niewielkim stopniu zakrywały rozszarpane narządy wewnętrzne. Chłopak został wybebeszony. Jak dla mnie wyglądało to na atak potwora z nienaostrzonymi pazurami. Potrząsnęłam głową i wyjęłam czytnik EMF z kieszeni. Garth nauczył mnie, jak to zbudować. Sprzęt zaczął migać na czerwono i mruczeć. Tak jak przypuszczałam w motelu. W grę wchodził drugi duch, o ile Garth doszczętnie zutylizował Jenny. Spojrzałam na bladą twarz ofiary. Był przystojny. Miał nie więcej niż 20 lat.
    Chwyciłam teczkę i wymaszerowałam z pomieszczenia. Czas powziąć zdecydowanie kroki, nim umrze ktoś jeszcze.
    Bezbłędnie trafiłam do poprzedniej kostnicy. Ze środka usłyszałam głosy. Czyżby Garthowi odbiło? Uchyliłam nieznacznie drzwi, nasłuchując. Dwie męskie sylwetki.
- Hej, słyszeliście kiedyś o Thighslapper Ale? - usłyszałam, choć żadna z postaci się nie poruszyła. To striptizerka, czy browar?, pomyślałam, zaglądając do środka. Za komputerem siedział chłopak w garniturze, pochylony nad ekranem. Zmarszczyłam brwi, rozpoznając sylwetkę.
    Garth wypowiedział moje słowa na głos.
- Browar dla frajerów. - mruknął drugi z chłopaków w garniturach, odwracając wzrok od akt trzymanych w dłoniach. Zamarłam. W pierwszym odruchu chciałam uciec, w drugim wejść do środka. Powstrzymałam się. To jest jego wsparcie?
- Um, minibrowar numer jeden na północnym zachodzie. - uzupełnił chłopak zza komputera.
- Ale... jesteśmy w Kansas. - odparł Garth. Brawo, chłopcze, ale ty jesteś mądry.
- Prawda. - przyznał niższy chłopak, po czym przeniósł wzrok na siedzącego. - Do czego zmierzasz?
- Właścicielem jest ojciec obu zamordowanych.
    Chłopak z aktami spojrzał ponownie na Fitzgeralda. Ten szybko podjął decyzję. 
- Dobra. Okej, zrzucam mundur, przebieram się za fedzia i widzimy się w browarze za 40 minut. - zarządził, kierując się do wyjścia.
     Cofnęłam się dwa kroki z głośno bijącym sercem. Przyłożyłam dłoń z aktami do piersi, próbując chłodno przeanalizować wydarzenia sprzed chwili. Garth był już pod drzwiami; nie mógł mnie zobaczyć w tym stanie. Odwróciłam się, wchodząc w zakręt i niemalże na kogoś wpadłam.
- Hej. Ładnie to tak podsłuchiwać?
    Przysięgam, prawie zemdlałam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz