niedziela, 11 czerwca 2017

Rozdział V.

    Byłam wściekła. Gniew szalał w mojej duszy, nakazywał zrobić coś głupiego, nieroztropnego, byle tutaj, teraz, zaraz.
    Ale nie okazywałam mojego rozsierdzenia. Bez większego problemu, z kpiącym uśmiechem na twarzy pracowałam z Emily w parze na następnych ćwiczeniach ze struktur społecznych. Była przerażona. Czułam to. Widziałam. Napawałam się tym. Każdą sekundą, gdy bała się mi przerwać monolog. Pomylić przy wypisywaniu pojęć. Mieć inne zdanie.
    Oh, rany, miałam ochotę przeciągle zamruczeć z samozadowoleniem. Nim minie południe, Emily będzie kłębkiem nerwów. Już ja o to zadbam.
    W sumie sama nie wiedziałam, dlaczego to robiłam. Jakoś tak... samo mi wychodziło. Czułam na sobie badawcze spojrzenia Jasona, pracującego z innym chłopakiem, Marcusem. I to było w porządku. Każdy ma prawo na chwilę odpoczynku. Doskonale to rozumiałam.
- Nie zgadzam się. - powiedziałam cicho, odwracając głowę, by jeszcze raz przeczytać tekst na kartce do góry nogami. Siedziałyśmy na samym końcu sali. Każda para w skupieniu pochylała się nad swoimi wykresami, szeptem wymieniając uwagi. - Według mnie podział na struktury jest niejednoznaczny i przestarzały. Teraz zbyt wiele osób wykonuje inny zawód niż wyuczony. W związku z tym podział warstwowy, zamiast pokrywać się z klasowym, stwarza całkiem inny typ.
    Uniosła na mnie przerażony wzrok. Nerwowo bawiła się długopisem, przekładając go między palcami. Przewróciłam oczami. Myślałby kto, że taka z niej wrażliwa kobietka.
- No bo kiedyś było, że należało się na przykład do klasy wyższej, warstwy inteligencji. Tak? I to był status. Byłeś wysoko. Udowodniłeś to. A teraz możesz być magistrem po pedagogice i należeć do klasy wyższej, bo twój mąż jest chirurgiem i nazywa się Strange.
- Masz rację! - gorliwie przytaknęła Emily. Ponownie przewróciłam oczami. Zdecydowanie z tą dziewczyną nie mam co liczyć na bezbłędne zaliczenie ćwiczenia. Mogłam jej równie dobrze wmówić, że ziemia jest płaska, a i tak by się ze mną zgodziła. Jeszcze raz zerknęłam na kartkę z wykresem, próbując znaleźć jakikolwiek sens w tym zadaniu.
-  Hm. Jak dla mnie, koncepcja interakcyjna jest najodpowiedniejszą formą struktury. Jak myślisz? - uniosłam wzrok.
    Dziewczyna lekko drgnęła, po czym gwałtownie zamrugała, jakby coś jej wpadło do oka. Rozejrzała się po sali i spuściła wzrok na swoje dłonie.
    Nachyliłam się do niej, przedramiona opierając płasko na stole i splatając palce. Nie mogłyśmy pracować w takiej atmosferze. Wzięłam wdech. Teraz mogłam ją zniszczyć, albo okazać miłosierdzie. Wybór był prosty.
     Lecz nie zdążyłam się nawet odezwać. Emily gwałtownie odsunęła się na krześle i wstała. W jej oczach pojawiła się czysta furia. Całkiem inna osoba niż ta, która minuta wcześniej była gotowa mi przyznać, że Stephen King napisał "Pamiętnik księżniczki".
- To ty zabiłaś Avę Sable.- oznajmiła mocnym, stanowczym głosem.
    Na sali zapadła cisza.
- Pozwoliłaś Jasonowi zostać samemu. Pozwoliłaś Avie wsiąść do tego samochodu tylko po dlatego, że byłaś zbyt wielkim tchórzem, by wejść w to samej.
    Sala wypełniła się cichym szmerem odwracających się głów. Cała klasa otwarcie się na nas gapiła.  Wszyscy byli ciekawi, co przerywa im pracę nad charakterystyką grup społecznych. A ja potrafiłam tylko siedzieć z otwartymi ustami, próbując połączyć wątki.
- Co? - udało mi się wykrztusić. Jakim sposobem doszłyśmy do tego tematu?
- Byłam tam. W tym szpitalu. Widziałam was. Widziałam, jak uciekłaś z tym chłopakiem, Winchesterem.
    Napotkałam badawcze spojrzenie Jasona, pracują cego po drugiej stronie sali. Dzięki, J, za wsparcie. Dobrze wiedzieć, że zamiast mnie wybrałeś jakąś wariatkę. 
- Wszyscy wyszliśmy razem... - zaczęłam spokojnie, gdy już otrząsnęłam się z pierwszego szoku.
- Więc dlaczego Jason wrócił sam, twoim samochodem?
- Emily, skąd ci to wszystko przyszło do głowy?
    Dziewczyna mrugnęła i jej oczy zasnuły się lśniącą czernią. Na jej twarzy wykwitnął kpiący, przerażający uśmiech tak bardzo nie pasujący do słodkiej blondynki. Drgnęłam, jakbym dostała w twarz. Śnisz. To wszystko sen, Chiara. 
    Teraz to ona nachyliła się do mnie. Za wszelką cenę, jakimś nadludzkim wysiłkiem starałam się nie dać po sobie poznać, że poprzednia furia, a późniejsze opanowanie zniknęły bez śladu, zastąpione przez lęk. Jednak twardo patrzyłam w te czarne, puste ślepia.
- Jesteś obserwowana, Chiaro Perry. Na twoim miejscu miałabym się na baczności. On nie lubi, jak krzyżuje mu się plany.
- Jaki on? - z trudem powstrzymałam drżenie głosu. - Kim jesteś? 
- Wszystko w porządku, dziewczyny? - głos Jasona wbił się między nasz dialog. Nie! Nie teraz, Jason. Błagam, nie...
    Położył dłoń na ramieniu Emily. Ta uśmiechnęła się swoim normalnym uśmiechem i czarne oczy zniknęły. Odwróciła się do chłopaka. 
- Pewnie. Trochę się pokłóciłyśmy, ale chyba doszłyśmy do konsensusu, czyż nie? - puściła mi oczko. - Przepraszam. Muszę wyjść do toalety. 
    Gdy wyszła, poczułam autentyczną ulgę. Byłam wyczerpana. Oparłam głowę o blat. 
- Wszystko w porządku, C? - w głosie Jasona pobrzmiewała autentyczna troska.
    Nie miałam ochoty tłumaczyć mu tego, co czuję. W końcu zdał kolokwium z psychologii, prawda? Powinien to umieć.
-------------------------------------------
     Skoro powróciłam do żywych i ponownie pojawiłam się na scenie towarzyskiej Hunter College, nie mogłam z dnia na dzień ponownie zniknąć. 
    Może to i lepiej. Miałam więcej czasu , żeby się przygotować. O ile mogłoby mi to pomóc. Ava zawsze powtarzała jak ważne jest rozpoznanie terenu i rozsądne działanie. Zawsze przybierałam wtedy moją minę zirytowanej nastolatki, odbezpieczałam broń i szłam przed siebie, nadsłuchując gniewnego sapnięcia Avy i jej pospiesznych kroków, by chronić moje plecy. Zawsze zapomniałam oglądać się za siebie.
    Ale tym razem musiałam się przygotować. Pierwszy raz w życiu będę przywoływać anioła. Tym razem nie interesuje mnie ten ze skrzydłami, harfą i aureolą. Tym razem moje myśli wypełniał mężczyzna w beżowym trenczu.
    Dlatego spokojnie sobie egzystowałam, ograniczając interakcje ze społeczeństwem do minimum. Profesor Mason otoczył mnie swoistą opieką, zrzucając wszystko na karb ogromnej straty, co pozwoliło błądzić moim myślom bez przeszkód. Wystarczyło, bym zaliczała ćwiczenia. 
    Minęły dwa tygodnie i Hunter College pokrył się żałobną czernią, ogłaszając Avę Marie Sable martwą. Przeżyłam szok, gdy pewnego ranka weszłam do holu, jak zwykle rozglądając się po ścianach, i moja świadomość odnotowała czarny atłas na ramach obrazów, głośnikach, filarach, flagach i sztandarze uczelni. 
    Stałam na środku holu, studenci omijali mnie, podążając w tylko sobie znanym kierunku. Niektórzy rzucali mi spojrzenia pełne współczucia, inni nie poświęcali mi nawet takiej uwagi. A ja nie byłam zdolna do wykonania następnego ruchu. Bałam się. Miałam okropne deja vu.
    Gdy rozległ się pojedynczy gong, oznajmiający godzinę 9:00, korytarze powoli pustoszały. Zmusiłam się by postąpić krok naprzód. I następny. I jeszcze jeden. Powoli zmierzałam w stronę ściany pamięci, gdzie wieszano zdjęcia studentów. Ava była jedną z tych niewymuszenie lubianych studentek, którą każdy kojarzył.
    Jej zdjęcie wisiało na środku grupy naszej specjalizacji. I było obwieszone kwiatkami, notkami i misiami.
    "Richard Stewart był jedną z tych osób, które błyszczą zawsze i wszędzie. Niezależnie od sytuacji, pory i otoczenia. Był gwiazdą koszykówki w szkolnej drużynie i redaktorem szkolnej gazetki. Aspirował na dziennikarstwo, a sport był czymś, co go odprężało. Wielokrotnie był nominowany na przewodniczącego The Beacon School, lecz zawsze rezygnował ze stanowiska. Pochodził z dobrego, zamożnego domu, ale nawet nie był wyniosły ani agresywny. Był zwykłym, dobrym dzieciakiem, uczniem drugiej klasy.
    Dlatego nie rozumiałam, czemu zaczęliśmy się spotykać. Ja, sierota z Brooklynu, raczej zajęta ciułaniem pieniążków na własny samochód i ucieczką z sierocińca, niż rozglądaniem się za chłopcami. Wydaje mi się, że wszystko zaczęło się od mojej efektownej pomyłki.
    Cała szkoła żyła pierwszym meczem w sezonie. Uczniowie mieli szansę dostać zwolnienie z lekcji, pod warunkiem, że udadzą się na mecz, nigdzie indziej. Niespecjalnie interesowało mnie śledzenie rozgrywki, więc postanowiłam uciec. Ze słuchawkami w uszach próbowałam wydostać się ze szkoły, aż w końcu znalazłam podwójne drzwi. Przeszłam przez nie, wpatrując się w telefon i szukając najlepszego połączenia z Manhattanu do New Jersey, gdy zamiast upragnionego powiewu wiatru poczułam zastałe powietrze sali gimnastycznej. Uniosłam wzrok. Fala niebiesko-białych pomponów i innych wzorów kontrastowała z żółto-zielonymi barwami przeciwników. Gracze, fani, kibice, trenerzy wpatrywali się we mnie z zainteresowaniem. A ja wtedy odwróciłam się na pięcie i oznajmiłam, że pomyliłam wyjścia. To był mój pierwszy występek w tej szkole.
    Potem Richie nieustannie kręcił się wokół mnie. Byliśmy świetną parą, doskonale się uzupełnialiśmy. Kochałam go całym sercem, był moim jedynym przyjacielem. Poznaliśmy się na meczu koszykówki i tam też nasza miłość się zakończyła.
   Umarł na zawał na środku boiska, w ostatni mecz sezonu. Trzymałam go w ramionach, bezradna, zrozpaczona, samotna wśród tłumu. Nikt nic nie zrobił, gdy ich gwiazda wydawała ostatnie tchnienie. 
    Później w szkole zaczęły dziać się dziwne rzeczy. Szafka Richiego nieustannie się otwierała. Jego zdjęcie ciągle spadało, światła migały, przedmioty zmieniały miejsce. Elektronika w tablicy wyników szalała. Nie mogłam znieść współczujących spojrzeń. Uciekałam z lekcji. 
    Jednego razu przechodziłam obok szafki mojego chłopaka. Ołtarzyk, który uczniowie zorganizowali sami, rozkwitał. Zatrzymałam się przed nim, wpatrując się w nasze wspólne zdjęcie. Wtedy pojawił się on. Pełen kolorów, energii i złości. Jakimś cudem na korytarzu pojawiła się Ava, której wtedy nawet nie znałam. Odgoniła go torbą z żelaznymi ćwiekami. 
    A potem w moim życiu pojawił się Garth, pomagając nam odesłać ducha Richiego Stewarta w zaświaty."
    Czy tak samo będę musiała postąpić z ciałem Avy?, zastanawiałam się, obserwując ołtarzyk, tak niesamowicie podobny do tego sprzed lat.
    Odwróciłam się na pięcie. Nie mogłam tego odwlekać. Dzisiaj był właściwy czas, by to zrobić. Pchnęłam podwójne drzwi prowadzące na zatłoczoną ulicę i wypadłam między ludzi. Już nie miałam ochoty dłużej udawać poprawnych stosunków społecznych. Wymijałam ludzi, patrząc wprost przed siebie na trąbiące, żółte taksówki, biznesmenów wskakujących do lśniących wozów, matki, kurczowo trzymające swoje niesforne dzieci za rękę, by przypadkiem nie wpadły pod koła nieroztropnego kierowcy. Codzienny chaos, w którym żyłam, nijak miał się do furi, która kumulowała się we mnie, którą czułam, pulsującą jak świeża rana.  
    Wstąpiłam do dyskontu. Potrzebowałam błękitnych świec i szałwii. Dwa pozostałe składniki niezbędne do kadzidła już posiadałam. Na szczęście niewiele osób robi duże zakupy w czwartkowe popołudnia. Mogłam niemal bez przeszkód skupić się na swoich planach.
    Gdy tylko przekroczyłam próg mieszkania, odrzuciłam plecak na ziemię i zatrzasnęłam za sobą drzwi. Zrzuciłam kurtkę, zostając w białej koszulce i dżinsach. Podeszłam do okien, zasłaniając rolety i zostawiając pokój pogrążony w półmroku, zwinęłam dywan w rulon i przesunęłam szklany stolik sprzed telewizora na środek pokoju. Nakryłam go białym obrusem i ustawiłam zakupione świece w rzędzie. Szybko wymieszałam zioła w moździerzu i również zostawiłam je na stole.
    Przygryzłam wargę. Odwaga powoli ze mnie spływała. Związałam włosy w lekki kok i strzeliłam kostkami w karku, by dodać sobie animuszu. Usiadłam na podłodze i kolejno odpaliłam świece, recytując tekst znaleziony w księdze.
    Płomyki delikatnie zadrżały, jakby powiewały na wietrze. Kadzidło wybuchnęło płomieniem i teraz powoli się dopalało.
- Może coś pomyliłam...? - mruknęłam do siebie, zerkając na tekst w ręce. O ile pamiętałam, wszystko zrobiłam dobrze. A mimo to zaklęcie się nie udało. Pomimo znalezienia go w potwierdzonym źródle, okazało się niewypałem. Gniew ponownie we mnie zawrzał. Jason oczywiście miał rację. To wszystko jedna wielka bzdura.
    Uniosłam się, przewracając stół i zrzucając z niego wszystkie artefakty. Kopnęłam miseczkę z popiołami, rozsypując je po całym pokoju.
- To ty. - niski głos rozległ się w całym pokoju. Zamarłam. O rany. Udało mi się. Przywołałam anioła. Odwróciłam się, powoli, nieśpiesznie.
    Brunet w beżowym trenczu opierał się o kanapę, obserwując rozgardiasz panujący w mieszkaniu. Zmierzył zainteresowanym spojrzeniem wszystkie księgi, nieco nieufnym zerknął na laptopa i w końcu ponownie spojrzał na mnie.
- To było bardzo nierozsądne. - oznajmił.
- Tak sądzisz? Wydaje mi się, że teraz jesteś moją własnością. - odparłam z większym animuszem niż czułam. Uniósł brwi.
- Masz rację, wydaje ci się. Bo widzisz, to, czego użyłaś, to bzdura. Przybyłem, bo usłyszałem swoje imię i wielką desperację.
- W takim razie dobry z ciebie aniołek. A teraz odpowiedz mi na pytanie. Gdzie jest...
- Ava. - dokończył. - Nie wiem tego. Może powinnaś ją zapytać.
- Doskonale wiesz, że nie mogę. Twoje ogary ją uprowadziły!
- Posłuchaj mnie, głupia dziewczyno. Każdy inny anioł już dawno odesłałby cię w inny wymiar, zamiast znosić twoje humory. Anioły nie są od odpowiadania na pytania, na które już znasz odpowiedź. Przed nami kolejna Apokalipsa, a ty myślisz tylko o sobie.
- W zasadzie uwięziłam cię, więc...
    Castiel zrobił krok, a potem następny, wychodząc z narysowanych sigilów. Mój przerażony wzrok chyba go rozśmieszył.
- Chciałaś zatrzymać anioła z pomocą tego? Dobry Boże. - pokręcił głową. - Nie wiem, jakim sposobem chcesz przeżyć następne 24 godziny.
    Chwyciłam laptopa i zdzieliłam go w głowę. Upadł na ziemię bez świadomości, a tuż obok niego mój zepsuty komputer. Castiel już się nie śmiał. Złapałam się za głowę, uświadamiając sobie, co zrobiłam.
    Przecież on mnie zabije. Miałam nad sobą panować.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz